Jak dobrze marnować czas II



W czym, jak w czym, ale w marnowaniu czasu jestem mistrzem. Serio. Powinnam dostać za to medal. Kto przyznaje takie medale?
W każdym razie, jeśli już zdarza Wam się marnować czas, bo podążanie za karierą jest trudne i żmudne, a pierwsze mrozy nie pomagają w robieniu... czegokolwiek, to marnujcie go z głową. I książką na przykład. A jeśli już bardzo nie chcecie czytać (co boli moje serduszko), to otwórzcie komputer i ogarnijcie jakiś dobry serial. O kilku już kiedyś pisałam tutaj. A teraz podrzucam Wam kilka nowych.



Znalezione obrazy dla zapytania stranger thingsStranger things
Zaczynam od czegoś, co pokochał i czym zachwycił się cały Boży świat, i pewnie większość z Was pomyśli sobie, że w ogóle nie ma po co o tym wspominać, bo widział to już każdy. Ale nie. Dlatego, do wszystkich, którzy jeszcze nie wpadli na to, żeby zabrać się za ten serial: zróbcie to. Ale serio. Po pierwsze, klimat lat 80. jest w nim oddany naprawdę przecudownie. Po drugie, robi z mózgu sieczkę i nie masz pojęcia, co się dzieje. Po trzecie, to takie amerykańskie coś o niby kosmitach, jakimś UFO, jakichś tajnych naukowych eksperymentach i oczywiście wszystko dzieje się w zabitej dechami mieścinie, która powinna być ostatnim miejscem, w którym coś się dzieje. Jest tu wątek paranormalny, wątek detektywistyczny, cudowne real-life RPG, humor na poziomie i bohaterzy, których można pokochać od pierwszego wejrzenia.







Preacher
Znalezione obrazy dla zapytania preacherKaznodzieja, który w sumie średnio wierzy w Boga, a do tego ma bardzo wątpliwie świętobliwą przeszłość (jakieś gangi, jakieś strzelanie z broni różnej maści i pijackie bijatyki) nagle otrzymuje niesamowitą moc, która sprawia, że może zmusić ludzi do spełniania swojej woli. I stwierdza, że to Dar Boży. I zaczyna się odpierdalać naprawdę chore gówno. Tak w skrócie. (Bardzo legitny opis serialu, wiem, ale właśnie tak się dzieje.)
Jest tu super wampir z irlandzkim akcentem, który lubi dziwki i koks. Są tu wysłannicy niebios w kowbojskich kapeluszach. Są stare chevrolety i zapyziałe miasto na końcu świata, i przerażający właściciel ubojni, który relaksuje się przy dźwiękach zarzynanych krów. I przez większość czasu zastanawiasz się wtf i kto ma aż tak zryty mózg. Serio, super serial. Polecam. A w drugim sezonie jest kowboj przywrócony z piekła. Fajna sprawa.


Znalezione obrazy dla zapytania black mirrorBlack mirror
Każdy odcinek to nowa historia i każda kolejna jest smutniejsza od poprzedniej. Serial pokazuje nasz świat w dalszej lub bliższej przyszłości, gdy technologia jest już dużo bardziej rozwinięta. I jak ta technologia wpływa na ludzi. Jak potrafi niszczyć kariery, rozbijać związki, dotrzeć do najbardziej skrytych sekretów, zmieniać ludzi w nieczułe maszyny. Z reguły z ciekawym zwrotem akcji i smutnym zakończeniem.


Znalezione obrazy dla zapytania anne with an eAnia, nie Anna
Każdy słyszał kiedyś o Ani, która została przypadkiem adoptowana przez podstarzałe rodzeństwo z Zielonego Wzgórza. Przypadkiem, bo miała być chłopcem, który  pomógłby przy pracy na farmie, a zamiast tego jest brzydką i dziwną dziewczynką, która opowiada niestworzone historie i powinna częściej gryźć się w język.
Na pewno nie jest to serial dla dzieci, bo faktycznie jest dużo bardziej dramatyczny od książki i często pokazuje traumatyczne przeżycia dziewczynki z pierwszych kilkunastu lat życia (czego w oryginale w ogóle nie ma). Ale w dalszym ciągu jest taki... miły. I bardzo dobrze nakręcony. A postać Ani jest oddana tak niesamowicie wspaniale. Wiem, bo wychowałam się na tych książkach. I robi mi się ciepło na serduszku za każdym razem, gdy rozpoznaję w serialu dialogi z oryginału.



Znalezione obrazy dla zapytania scorpion  seriesScorpion
Banda upośledzonych społecznie geniuszy pomaga Departamentowi Bezpieczeństwa w przechwytywaniu bomb atomowych, neutralizowaniu satelitów, które mogą zniszczyć pół Stanów Zjednoczonych, walce z terrorystami i reszcie takich rzeczy. Dowodzi nimi Walter O'Brian, który ma czwarte najwyższe IQ w historii, a jako dzieciak zhakował NASA, bo chciał ściągnąć sobie zdjęcie nieba na tapetę. I wmawia wszystkim, że nie ma uczuć. Fajny gość. I jest jeszcze Paige (nie-geniusz), która pomaga całej tej grupie funkcjonować między normalnymi ludźmi, podczas gdy oni pomagają jej zrozumieć jej syna (to też geniusz). Aha, a Walter i Paige oczywiście się w sobie zakochują i pewnie będą potrzebowali pięciu sezonów, żeby to przyznać. Mówię "pewnie", bo jeszcze nie dotarłam do tego momentu.


Znalezione obrazy dla zapytania the get downGet Down
Z jednej strony jest przekomiczny, na przykład w momentach, gdy dzieciaki na Bronxie opowiadają sobie legendy o niesamowitym kung-fu, przekokszonym wojowniku, który jest jak cień i nigdy nie można zobaczyć nic więcej, oprócz jego znaku rozpoznawczego - najaczy. Z drugiej strony jest brutalny i przesmutny, gdy pokazuje życie ludzi na Bronxie w latach 70., które może skończyć się bardzo szybko, jeśli tylko wejdzie się przypadkiem w złą uliczkę. Albo wplącze w wojny gangów. Pokazuje, jak trudno dzieciakom z tamtych okolic osiągnąć cokolwiek w swoim życiu i jak dużo są w stanie zrobić, żeby spełnić swoje marzenia. A to wszystko przy akompaniamencie cudownego soundtracku i rapowych bitew w sekretnych klubach.







Znalezione obrazy dla zapytania narcos
Narcos
Kolejny serial, który niby wszyscy znają, ale jednak...
Przedstawia historię Pablo Escobara, czyli jednego z najbardziej znanych handlarzy narkotykowych. Ale oprócz tego pokazuje też historie ludzi, którzy poświęcili wiele lat, żeby go powstrzymać. I jak bardzo zmieniło ich to, że musieli dostosować swoje metody do metod okrutnego świata kokainy. Przeczytałam gdzieś, że producenci chcieli dać ludziom postać, którą będą lubić, ale równocześnie się nią brzydzić. Nie wiem, ewidentnie jestem dziwną osobą, bo nie brzydziłam się Escobarem zupełnie. Było mi strasznie żal jego rodziny i miałam nadzieję, że jednak historia skończy się inaczej, niż w rzeczywistości. (Jeśli jakimś cudem nie wiesz, jak się skończyła w rzeczywistości, to nie wchodź na Wikipedię. Serio. Serial super buduje napięcie. Do samego końca.) O, a trzeci sezon jest o kartelu z Cali. Nie lubię kartelu z Cali.


Znalezione obrazy dla zapytania bonesBones
Genialna antropolog sądowa, Temperance Brennan, i jej zespół z Jeffersonian Institute zaczynają współpracować z agentem FBI, Seeley Boothem. I razem rozwiązują zagadkowe morderstwa, i walczą ze złem. Przy okazji Brennan jest tak przekokszona, że czasem do odkrycia tożsamości ofiary, przyczyny śmierci, narzędzia zbrodni i winowajcy wystarcza jej jedna maleńka kość. Aha, a Temperance i Booth też się w sobie zakochają. To nie spojler. To taka zasada w tego typu produkcjach.
Zapomniałam o tym serialu, a swojego czasu oglądałam go wręcz nałogowo. I kochałam. I chciałam zostać polską Brennan. Co prawda, procesy membranowe jednak ostatecznie wygrały z antropologią, a po dziewięciu sezonach serial w końcu troszkę mi się... znudził, ale sentyment pozostał.

W poszukiwaniu księcia z bajki


Dziewczyny marzą o książętach z bajki. Nie wszystkie. W końcu żyjemy w czasach, w których otwarcie mówi się o homoseksualizmie, więc stwierdzenie, że wszystkie dziewczyny o takim księciu marzą, byłoby po prostu niepoprawne politycznie. Na potrzeby tego tekstu skupimy się jednak na tej części kobiet, dla których uosobieniem szczęścia i spełnieniem snów jest książę. A nie księżniczka.

Wiecie, napakowany, przystojny, z burzą blond loków i pokaźnym spadkiem po tacie-królu, i w lśniącej zbroi, i z białym rumakiem (ekhem, mercedesem). Taki, co to uratuje piękną niewiastę (tu wyobraź sobie siebie w zwiewnej sukni, wyglądającą z utęsknieniem z okna) z najwyższej wieży, oczywiście zaraz po tym, jak zabije wielkiego, strasznego smoka i otrzepie pył ze swych pięknych loków, a na końcu odjadą w stronę zachodzącego słońca. I przez całą drogę będzie deklamował wiersze miłosne.

Tylko tutaj zaczynają się problemy.

Niby czemu rzeczony mężny rycerz ma zabić smoka, a potem odjechać ze mną w siną dal na białym rumaku? Ja na przykład wolałabym, żeby przyleciał po mnie na smoku. Nie rozumiem, skąd ten hejt na biedne smoki. Co z tego, że czasem palą całe wioski pełne ludzi i bydła? Każdemu może się zdarzyć. Wielkie mi halo.

Chciałabym się załapać na taką jazdę na smoku. Ewidentnie. Widoki na pewno są lepsze. I jest szybciej. To jak takie smocze pendolino (ale bez godzinnego opóźnienia) w porównaniu do zwykłego TLK. Tylko może bez darmowej kawy.

A skąd niby będę wiedziała, że książę naprawdę jest taki mężny i dzielny? Mam to stwierdzić na podstawie zacnego sześciopaku i liczby kilogramów, które bierze na nogi, kiedy już sobie przypomni, że to ten dzień? Niech taki jeden z drugim spędzi całą noc w opuszczonym zamczysku ze strzygą. A potem pogadamy.

A zaradny na pewno będzie bardziej nie wtedy, kiedy dokręci uszczelkę, żeby przestało kapać z kranu (ale jak takiego znajdziecie, to lepiej bierzcie, żebyście potem nie musiały robić tego same), tylko, gdy przedstawi mi legitymacyjny plan działania i przetrwania na wypadek apokalipsy.

W repertuarze znajdzie się też pewnie oglądanie spadających gwiazd, trzymając się za ręce. Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię oglądać spadające gwiazdy. Tylko po to, żeby po raz kolejny pomyśleć te same życzenia, które i tak potem nigdy się nie spełniają. Ale kiedyś w końcu trzeba przestać marzyć o tym cudownie romantycznym chłopcu, który spakuje do auta koc, tacę serów i wino i zabierze mnie na koniec świata, żeby oglądać gwiazdy. Trzeba zacząć myśleć bardziej przyziemnie. Na przykład wyobrażać sobie, że meteoryty jednak nie spalą się w atmosferze i zaczną bombardować ziemię. I skończymy jak dinozaury. Albo że to zmasowany atak kosmitów. I pewnie i tak skończymy jak dinozaury.

Nie ukrywam, mam słabość do facetów, którzy proponują, że na pierwszej randce wywiozą mnie do lasu, zamordują i zakopią. Ale dopiero po kawie. Za bardzo lubię kawę, żeby odmówić sobie tej przyjemności. Jeżeli to jakaś choroba, to możecie mnie oświecić. W końcu wiem przecież, że kawa jest niezdrowa i wypłukuje magnez z organizmu. A i tak dalej ją piję.

Ale nie, nie, to nie tak, że zupełnie niczego romantycznego nie wymagam. Dalej chcę słuchać komplementów, jak to pięknie wyglądam z rana, kiedy budzę się bez grama makijażu. Chociaż to chyba nie jest romantyzm. To jest przyzwoitość. Albo kłamstwo dla większego dobra. I tak je przyjmę. Byleby brzmiało w miarę przekonująco i zostało wypowiedziane bez zbyt widocznego obrzydzenia na twarzy.

I tak, moi drodzy, powinien, moim zdaniem, wyglądać prawdziwy książę z bajki. Takiej trochę dziwnej bajki. I chorej. Takiej pseudo-bajki nie dla dzieci, zmieszanej z horrorem i postapo, w której książę, bardziej niż księciem, jest cyborgiem z karabinem maszynowym zamiast ramienia, albo ze srebrnym mieczem do zabijania upiorów.

Neil Gaiman - Gwiezdny pył


Gwiezdny pył
Neil Gaiman
Recenzja

Dawno, dawno temu, za górami o ośnieżonych szczytach, za lasami dostojnych świerków i wyniosłych sosen, za dolinami, kotlinami, wąwozami i łąkami pełnymi stokrotek, stała wioska Mur.

Mur nie jest jakąś pierwszą lepszą wioseczką, choć mógłby za taką uchodzić. Nie ma tam w sumie niczego szczególnego, ot, kilka chat, pola uprawne, mały sklepik i karczma. Dlaczego więc cała magiczna historia zaczyna się właśnie tutaj?
Może przyczyną jest wielki mur na skraju wioski, od którego (niespodzianka) wzięła się jej nazwa.
Może przyczyną jest fakt, że mur sprawia wrażenie, jakby stał tam zupełnie niepotrzebnie. W końcu po drugiej stronie są takie same łąki i lasy.
A może dlatego, że tak naprawdę to tylko złudne wrażenie i mur nie stoi tutaj bez powodu, tak samo jak Mur.

Otóż, to długie kamienne ogrodzenie z jednym tylko wejściem, przy którym dniem i nocą stoi straż, ma za zadanie oddzielać nasz nudny, szary, realny świat od magicznej krainy, pełnej wróżek, czarownic i chatek z piernika. Żartuję, nie było tam ani słowa o chatkach z piernika. Ale zakładam, że może tam istnieć wszystko, co wpadnie Wam do głowy i jest w jakiś sposób związane z magią.

Większość rzeczy, które dzieją się w Gwiezdnym pyle, musimy po prostu zaakceptować. Nawet jeśli zupełnie ich nie rozumiemy. Bohaterowie robią tak cały czas. Dlatego, jeśli podczas czytania nagle okaże się, że wystarczy trzymać w dłoni palący się kaganek, żeby magicznie pokonywać setki kilometrów w kilka sekund, to nie ma sensu tego niepotrzebnie roztrząsać i rozkładać na czynniki pierwsze. Mówicie po prostu "aha, ok" i lecicie dalej do momentu, w którym pojawia się gadający opos w kapeluszu. Bohaterowie znowu nie wydają się zdziwieni jego widokiem, więc Wy też nie bądźcie, tym bardziej, gdy wyjmie ze swojej aktówki zastawę do herbaty i poczęstuje znużonego wędrowca kawałkiem chleba.

Tym znużonym wędrowcem jest Tristran, który nigdy nie pasował do pozostałych mieszkańców Muru. Za bardzo był rozmarzony, za bardzo dziwny, za mało przyziemny. Chłopak nie wie, że to przez fakt, że jego matka była mieszkanką magicznej krainy. Ojciec zdradza mu tę tajemnicę pewnej nocy, gdy Tristran postanawia zdobyć dla swojej ukochanej gwiazdę, która spadła z nieba gdzieś za murem. I tak rozpoczyna się jego niesamowita podróż, którą nie mógłby się pochwalić żaden inny nudny śmiertelnik.

Podczas czytania trzeba wczuć się w specyficzny klimat Gwiezdnego pyłu, który jest niczym mniej, niczym więcej, jak baśnią. I to właśnie urzekło mnie w tej książce. Nie historia, która, nie ukrywajmy, nie jest jakoś szczególnie odkrywcza ani oryginalna. Ale właśnie to, że powieść Gaimana jest jak youtubowa kompilacja filmików o kotach. Tylko, że zamiast kotów mamy tu natłok baśniowych stworzeń, magicznych zaklęć oraz przepowiedni wymagających odpowiedniego ułożenia planet i skrzydeł nietoperza w kotle na kurzej nodze.

Oprócz tego, co drugie zdanie ma moc, żeby Was zainspirować. Co drugie słowo może poruszyć jakąś strunę w artystycznej części Waszych duszyczek. Gdybym chciała zapisać sobie gdzieś wszystkie urocze, magiczne, piękne fragmenty i cytaty, pewnie po prostu musiałabym przepisać pół książki. I właśnie dlatego bardzo ją polecam. O ile jesteście gotowi na zderzenie z dziwnym stylem pisania Gaimana. Serio, jego styl jest naprawdę dziwny. Wiem, że wielu osobom nie odpowiada. Ale uważam, że naprawdę warto.

Umarli bogowie (4)

Jej kroki odbijały się w korytarzu zwielokrotnionym echem. Pochodnia rzucała chybotliwe światło na kamienne ściany. Odgłos płaczu nikł coraz bardziej, rozmywał się, aż zastąpił go zawodzący dźwięk wiatru. Zawiasy żelaznej bramy jęknęły przeciągle, gdy popchnęła jedno skrzydło. Będzie trzeba je naoliwić. Te wilgotne podziemne powietrze im nie służy. Chociaż... efekt był całkiem upiorny, musiała to przyznać.
Nagle w ciemności rozległ się głos:
– Naprawdę, ze wszystkich rzeczy na świecie twoja twarz jest ostatnią, którą chciałam zobaczyć.
Zmarszczyła nos ze zniecierpliwieniem, wkładając pochodnię do uchwytu w ścianie, po czym przybrała jak najradośniejszą minę i odpowiadający jej ton:
– O, miło cię widzieć, Afrodyto.
Afrodyta stała po drugiej stronie, zaciskając nos palcami, jakby chciała uchronić się przed smrodem i świecąc dookoła latarką w telefonie.
– Nie mogę o tobie powiedzieć tego samego – powiedziała nieco zniekształconym głosem. – To znaczy mogłabym. Ale boję się, że zadławię się tymi słowami.
– Spokojnie, na pewno nie będzie to pierwsza rzecz, którą się zadławiłaś – odparła Persefona z uprzejmym uśmiechem.
– Masz rację – przyznała Afrodyta, udając, że głęboko się nad czymś zastanawia. –  Pamiętam ten jeden raz, kiedy starałam się powiedzieć, że ładnie wyglądasz.
W komnacie zapadła cisza.
– To gdzie jest Adonis? – spytała Afrodyta, a na jej twarzy malował się coraz większy niesmak.
Wtedy też w głębi korytarza rozległy się kroki, a chwilę później przez bramę przeszedł wysoki mężczyzna, w sekundę pokonał dzielącą go od Afrodyty odległość i chwycił ją w ramiona.
– Och, moglibyście poczekać przynajmniej, aż stąd wyjdziecie... – Persefona przyglądała się całej scenie powitalnej z niesmakiem.
– Ani mi się śni – rzuciła w jej stronę Afrodyta, na chwilę odrywając się od Adonisa. – Kiedy jesteś w Hadesie, masz ich obydwu, a ja muszę czekać sama na ziemi przez cztery miesiące. Cztery miesiące.
– Zawsze zostaje ci Ares – odparła. – Albo jakikolwiek inny bóg. Albo człowiek. Nigdy nie byłaś zbyt wybredna. Czy Zeus w końcu ci uległ? Wydaje mi się, że kiedy ostatnio sprawdzałam, był ostatnią osobą, która cię nie chciała.
– Ja przynajmniej nie musiałam nikogo do tego zmuszać – Afrodyta odwróciła się z wysoko uniesioną głową i ruszyła do wyjścia, ciągnąc mężczyznę za sobą.
– Jaka ona jest nieznośna... – mruknęła do siebie Persefona, gdy już została sama. Pogłaskała psią głowę, która pochyliła się w jej stronę. – Wydaje jej się, że jak jakiś parias dał jej jabłko parę tysięcy lat temu, to może sobie robić co chce...
Druga głowa stuknęła ją w ramię, także domagając się pieszczot.
– Ja też będę za tobą tęsknić, Cerber.
Nagle światło pochodni zafalowało w gwałtownym podmuchu wiatru i przygasło, pogrążając komnatę w ponurym półmroku. Wszystkie dźwięki ucichły, Cerber zastrzygł uszami w oczekiwaniu i wtedy z cienia wyłoniła się postać w szacie utkanej z nieprzeniknionej ciemności, a potem odezwała się głosem pełnym szelestu wyschniętych liści i chrzęstu kruszących się kości:
– Wrócisz do mnie za pół roku.
Persefona przewróciła oczami i odwróciła się na pięcie.
– Tak, wiem o tym – powiedziała, cedząc każde słowo. – Za każdym razem to samo. Stajesz tam, w tym miejscu – wskazała palcem pod jego nogi – zawsze dokładnie tam i mówisz tym grobowym głosem „wrócisz do mnie za pół roku” – wykrzywiła twarz, przedrzeźniając go. – Zjadłam ten pierdolony granat. Nie musisz przypominać mi o tym co rok. Po paru tysiącach lat naprawdę pamiętam.
Skrzyżował ramiona, ale przyglądał jej się z cieniem uśmiechu na ustach.
– Tylko się upewniam. Hades nie jest równie ponury, kiedy cię tu nie ma.
Uniosła ręce w bezradnym geście.
– Niech mi pomoże matka Gaja! Mógłbyś w końcu nauczyć się mówić lepsze komplementy.
Puścił jej słowa mimo uszu.
– Jakie masz plany?
Machnęła lekceważąco ręką.
– Na pewno pójdę z mamą na zakupy. Może jakieś SPA? I chciałabym odwiedzić Grecję. Podobno sytuacja jest tam już bardziej stabilna.
– Czy będę mógł cię odwiedzić? – spytał, zbliżając się do niej. – Raz? Albo dwa?
– Wiesz, że moja matka cię nienawidzi – powiedziała z żalem, wtulając głowę w kojącą ciemność jego szaty.
– Wiem, to w końcu moja siostra. Zawsze miała problemy z radzeniem sobie z gniewem. Albo pragnieniem zemsty. Albo nieodpartą potrzebą doprowadzenia do śmierci każdej żywej istoty...
Odsunęła od niego głowę i spojrzała mu w oczy.
– Przesadzasz.
– Przesadzam? Była w stanie zagłodzić całą ludzkość, tylko dlatego, że nie chciała, żebym z tobą był. Zdajesz sobie sprawę z tego, ile mielibyśmy roboty, gdyby wszyscy ci ludzie umarli? Dobrze, że wtedy jeszcze nie istniało coś takiego jak nadgodziny.
– Trzeba było mnie nie porywać.
– Wtedy przez całą wieczność podglądałbym cię jak jakiś stalker. Wiesz, że teraz to przestępstwo?
– Znowu czytałeś wiadomości?
– Mhm, po lewej stronie Styksu jest całkiem dobry zasięg.
Westchnęła ze zrezygnowaniem.
– A wszyscy myślą, że Hades jest ostatnią ostoją, w której ludzie jeszcze nie namieszali.
– Oj przestań – powiedział, znów się do niej uśmiechając. Dalej nie przestało jej to dziwić. Jak na boga śmierci, był wręcz nieprzyzwoicie wesoły. – Przecież wiem, jak kochasz te vlogi kulinarne.
– Dobra, wracaj już – mruknęła, całując go po raz ostatni na pożegnanie. – Lepiej, żeby mama na ciebie nie wpadła.
– Trzymaj ją daleko stąd! – krzyknął, nadając swojemu głosowi ton bezgranicznego przerażenia. – Pod żadnym pozorem nie wpuszczaj jej do środka. – krzyczał dalej, gdy pchnęła go w stronę bramy. – Jeszcze otruje Cerbera albo... Utopi Charona... Ta kobieta jest nieobliczalna! – wrzasnął ostatni raz, a potem zniknął.
Persefona pokręciła głową z uśmiechem. Będzie za nim tęskniła. Po raz ostatni podrapała za uchem każdą z głów Cerbera, wyjęła pochodnię z uchwytu i ruszyła w dalszą drogę. Charon nie był zbyt rozmowny, gdy przeprawiali się przez Styks. Nie spodziewała się niczego innego, przez te wszystkie tysiąclecia zamienił z nią może trzy słowa.
Szybciej wyczuła, niż zauważyła, że zbliża się do wyjścia. Powietrze stało się czystsze, lżejsze, mogła wciągnąć je głęboko w płuca bez strachu, że zakrztusi się dymem z piekielnych ogni. Nie miały w sumie żadnej funkcji, ale Hades uważał, że wprowadzają odpowiedni klimat, więc paliły się dzień i noc w każdym możliwym miejscu. W świetle wpadającym przez wyjście ujrzała postać, przestępującą niecierpliwie z nogi na nogę.
 – Mamo! – krzyknęła, wypuszczając z rąk pochodnię i rzucając się w matczyne objęcia.
– Kora – Demeter przytuliła córkę. Nic się nie zmieniła. Dalej nosiła dziwne, hipisowskie ubrania i pachniała polnymi kwiatami. Persefona rozkoszowała się tym zapachem, pozwalając, by powróciły do niej wszystkie wspomnienia z czasów, kiedy jeszcze była Korą. Chociaż, na ziemi dalej może nią być. – Chodź, chodź, zaparkowałam na miejscu dla inwalidów.
– Mamo! – Kora krzyknęła z oburzeniem.
– Oj, przestań, to przecież tylko na chwilę.
Kora ugryzła się w język. Nie, nie zacznie się kłócić dwie minuty po wyjściu z Hadesu.
– To... co tam u ciebie?
– Och, dobrze, dobrze. To znaczy, ludzie już mnie nie potrzebują, ale co zrobisz... Jeszcze w XVI wieku wprowadzałam płodozmian. Wydaje się, jakby to było wczoraj. Wtedy moje rady miały jakąś wartość, a teraz?
– Przecież mówiłaś, że cieszy cię prowadzenie tej kwiaciarni.
– Sieci. Sieci kwiaciarń. Oczywiście, że mnie cieszy – ton Demeter wskazywał coś całkiem odwrotnego. – W końcu całkiem lubię rośliny.
Dostawczak z logiem kwiaciarni stał nie na jednym, tylko na dwóch miejscach dla inwalidów, ustawiony niedbale pod dziwnym kątem. Kora pokręciła tylko głową i wsiadła do środka.
– Pasy – rzuciła do matki, ale ta zignorowała ją i ruszyła w drogę.
Jechały chwilę w ciszy, w której szumiało tylko radio, nieustawione na żadną konkretną stację. W końcu Demeter przerwała milczenie:
– I jak tam Erysichton? Mam nadzieję, że nawet w Hadesie dalej głoduje.
– Mamo! – Kora krzyknęła z niedowierzaniem. – Ty naprawdę masz problem z wybaczaniem.
– Wyciął mój święty dąb – powiedziała spokojnie Demeter, nie odrywając wzroku od drogi. – Z mojego świętego gaju. I zabił mieszkające w nim driady. Powinien za to cierpieć.
– Mamo, on sprzedał cały swój majątek na jedzenie, które i tak nie mogło zaspokoić jego głodu. Sprzedał swoją córkę. W niewolę. Wiele razy. Za jedzenie. A potem zjadł sam siebie. Bo ukarałaś go wiecznym, niezaspokojonym głodem.
Demeter wzruszyła ramionami.
– Trzeba było nie ścinać dębu.
Kora westchnęła z rezygnacją. To będzie cudowne pół roku. 

Siedem zasad survivalu

Posiadanie dużej wyobraźni to nie zawsze fajna sprawa. Posiadanie dużej wyobraźni i ewidentnie dziwnego umysłu może okazać się jeszcze gorsze. A posiadanie dużej wyobraźni, dziwnego umysłu i oglądanie horrorów... to już jest combo razy tysiąc.

Wiecie, żyjemy w trudnych czasach. Nad głowami wisi nam groźba rozprzestrzenienia się zmutowanego wirusa, zamieniającego ludzi w zombie. Wampiry wyewoluowały, wcale nie płoną w świetle słonecznym i mogą funkcjonować pomiędzy pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. Wilkołaki... po prostu wyją do księżyca w pełni. Czarownice warzą mikstury z nietoperzych skrzydeł i wbijają igły w laleczki voodoo. Duchy powracają i straszą w starych zakładach psychiatrycznych. A creepy dziewczynki ze splątanymi włosami wychodzą z naszych telewizorów.

I w całym tym strasznym okropieństwie jestem ja z moją zjebaną wyobraźnią, która podpowiada mi tysiące różnych scenariuszy śmierci za każdym razem, gdy tylko zamiga światło lampy.

Aha, a dodatkowo moja mama straszy mnie ciągle, że sprowadzam na siebie nieszczęście, gdy wieczorem albo w nocy wracam sama do domu (albo idę sama na parking do auta). Bo za którymś razem z krzaków na pewno wyskoczy gwałciciel nożownik.

A przestrzeń pod moim łóżkiem jest akurat na tyle duża, że idealnie zmieści się tam creepy demon/duch dziecka, które umarło na krześle elektrycznym podczas terapii wstrząsowej w psychiatryku na początku XX wieku. I tylko czeka, aż położę się spać, żeby wypełznąć stamtąd i zacząć drapać ściany, albo co tam robią straszne demono-duchy. Albo żeby mnie zabić, pożreć i zaciągnąć do zaświatów.

Z tego to powodu powiedziałam sobie dawno temu, że kończę z oglądaniem horrorów, bo są tylko pożywką dla mojego chorego umysłu i powodem, dla którego serce kiedyś zatrzyma mi się ze strachu. A mam jeszcze tyle życia przed sobą. Chyba, że ugryzie mnie zombie. Wtedy zostanie mi jakieś parę dni, bo jestem pewna, że sama nie przeprowadzę amputacji zarażonej kończyny.

Dlatego wypracowałam sobie mój własny system przetrwania, oparty na mądrościach, które przekazują nam filmy i seriale, i który pomaga mi w funkcjonowaniu. Na razie żyję, więc wydaje mi się, że działa całkiem sprawnie.



Jeżeli tylko masz wybór, to nigdy nie korzystaj z toalet publicznych. Szczególnie po 22:00, kiedy wychodzisz z kina i w całym centrum handlowym nie ma już zupełnie nikogo, i jeszcze pewnie, akurat jak już wymościsz sobie bocianie gniazdo na desce i posadzisz na niej tyłek, nagle zgasną wszystkie światła. A nawet jeśli tak się nie stanie, to na sto procent jakieś świeżo przemienione zombie, które jeszcze parę godzin temu uprawiało niewinny shopping, wczołga się do twojej kabiny przez tę przestrzeń, która zawsze jest tam na dole i złapie cię za nogę, i upierdoli w kostkę. To jedna z kluczowych i najważniejszych zasad przetrwania z Zombielandu.



Nigdy, przenigdy nie patrz w ciemność. Jeżeli wywali ci korki, albo odetną dostawę prądu, albo zgaśnie światło na klatce schodowej, albo po prostu nieopatrznie naciśniesz przełącznik i zostaniesz w kompletnej ciemności, to masz dwa wyjścia. Albo z zamkniętymi oczami biegnij do najbliższego źródła światła, albo w ekspresowym tempie włączaj latarkę w telefonie. Tylko pamiętaj, nie patrz w tę najbardziej czarną czerń, w której zawsze czają się wszystkie potwory. Bo jeśli już raz zauważysz tam świecące ślepia małego upiora z ostro zakończonymi paluchami, które idealnie nadają się do przebijania ludzkich klatek piersiowych, to po sprawie. Masz przejebane.



Gdy jesteś sam w domu i usłyszysz podejrzany dźwięk, pod żadnym pozorem nie krzycz "halo, czy ktoś tam jest?". To w ogóle najgłupsza rzecz ever. Nie zdradzaj swojej pozycji. Zabunkruj się w bezpiecznym miejscu. I dzwoń do Ghostbusters. Albo do mamy. Ale najpierw zastanów się, czy to przypadkiem nie twój kot, który znowu postanowił, że to najlepsza pora, żeby rozpocząć polowanie na zbłąkany kawałek nitki. Gorzej, jeśli twój kot właśnie smacznie śpi na twojej poduszce...



Za każdym razem, gdy gasisz światło i kładziesz się spać, a potem obracasz się w łóżku, potencjalnie mogą stać się dwie rzeczy: zobaczysz, że leży koło ciebie ten nawiedzony blady chłopiec z Klątwy albo że przy łóżku stoi i kiwa się jak w hipnozie nawiedzony ktokolwiek, jak w Paranormal activity. Dlatego, kiedy już raz się położysz, to najlepiej zaciskaj powieki jak najmocniej i módl się o szybki sen. I, nie daj Boże, nie rozglądaj się dookoła. Albo zostaw zapalone światło. Wtedy żadne potwory nie wypełzną ze swoich kryjówek ani nie wyjdą z szafy. Potwierdzone info.



Drugą równie ważną zasadą podczas snu jest to, żeby opatulić się kołdrą z każdej możliwej strony. Tak, żeby nie wystawał spod niej nawet najmniejszy palec u stopy. Chyba wolelibyście mieć wszystkie palce u stóp. W końcu doskonale wiadomo, że kołdra jest najlepszą tarczą anty-creepy-potworową.



Zawsze bądź przygotowany. Czy to na wypadek inwazji kosmitów, zmasowanego ataku zombie, albo wampira wlatującego w postaci nietoperza przez twoje uchylone okno. Ja, przezornie, mam przygotowany cały plan na wypadek apokalipsy, w którym przewidziane są tak ważne kwestie, jak ewakuacja wszystkich bliskich mi osób, wytwarzanie energii, sposoby transportu i otworzenie własnej hodowli kurczaków. Na szczęście, moja mama nieświadomie przyczynia się do robienia zapasów (mamy całą szafkę konserw wszelkiej maści i jakieś parę ton papieru toaletowego, który wozi w samochodzie, bo nie ma gdzie go trzymać w mieszkaniu).



A co do gwałcicieli nożowników - nie chodź koło krzaków.

Umarli bogowie (3)



Gdy automatyczne drzwi rozsunęły się przed nim, owionął go zapach róż. Róże były wszędzie, wymyślne kompozycje przyozdobione gałązkami mirtu wylewały się ze szklanych wazonów ustawionych na każdym możliwym stoliku, stoliczku i blacie.
– Hej, Apollo! – krzyknęła Aglaja, przechodząc koło niego z naręczem bladoróżowych ręczników, złożonych w nienagannie równą kostkę.
– Zabieg odmładzający? Tak, mamy wolny termin w środę za trzy tygodnie – powiedziała Eufrosyne do telefonu, równocześnie puszczając mu oczko.
– Och, Apollo, jak miło cię widzieć! – Talia przerwała układanie róż w tysięcznym wazonie i posłała mu jeden ze swoich uśmiechów.
Podszedł do niej tanecznym krokiem, objął w talii i przyciągnął do siebie.
– Tęskniłyście za mną?
– Każdego dnia, słońce – mruknęła, oplatając rękami jego szyję.
– Apollo! – powiedział ktoś karcąco za jego plecami. Odwrócił się razem z Talią i jego oczom ukazała się najpiękniejsza istota na świecie. Całe tysiąclecia niczego nie zmieniły, dalej wyglądała równie wspaniale, co pierwszego dnia, gdy pojawiła się na Olimpie w rydwanie ciągniętym przez zaprzęgi białych gołębi. Tym bardziej, że miała na sobie tylko kusy jedwabny szlafroczek. Apollo znał się na rzeczy. Widział w życiu wiele pięknych kobiet i równie wielu pięknych mężczyzn. – Trzymaj łapy z daleka od moich Charyt. Muzy już ci nie wystarczają?
– Mój związek z Muzami jest ściśle platoniczny! – powiedział urażonym tonem, puszczając Talię i przykładając dłoń do serca. – Jest na poziomie duchowym!
– Oczywiście, oczywiście! – zaśmiała się. Zbliżyła się do niego i pozwoliła, by otoczył go zapach jej słodkich perfum. – A wiesz jak to się teraz nazywa? Harem.
Apollo żachnął się i przez moment nie potrafił wydobyć z siebie głosu.
– Nie zapowietrzaj się tak, słonko – powiedziała słodkim tonem, złapała go za dłoń i pociągnęła do bocznego wyjścia. Na zewnątrz wyłożyła się wdzięcznie na drewnianym leżaku i poklepała miejsce obok. – Lepiej usiądź sobie tutaj i opowiedz mi, co tam u ciebie. Kazałam nagrzać nam w saunie.
– Ostatnio znów poszedłem do muzeum się zobaczyć – powiedział, rozpinając koszulę i kładąc się na drugim leżaku.
– Och, ja nie mogę na siebie patrzeć. Dalej nie wiem, jak to możliwe, że mój najsłynniejszy posąg nie ma rąk. I jest bardzo nie na czasie. Jestem przekonana, że ludzie patrzą na niego teraz i myślą: jaka ona jest gruba. Wiesz, te kanony piękna, tak często się zmieniają. Trzeba za nimi nadążać. Spójrz tylko na mnie - fitness, siłownia, zdrowa dieta. W końcu nie samą ambrozją się żyje. Powinni mnie wyrzeźbić teraz!
Jakby na potwierdzenie tych słów, Talia wyszła na taras i postawiła na stoliku koło nich dwa zielone koktajle, przystrojone kawałkami truskawek. Odchodząc, posłała w stronę Apolla buziaka.
– I jak tam twoja nowa działalność? – spytała bogini, zakładając na nos ciemne okulary i wystawiając twarz w kierunku słońca.
– Burdel. To jest burdel. Czemu nikt nie może tego nazywać normalnie? – powiedział, kręcąc głową. – Całkiem dobrze. To bardzo sprawnie prosperujący biznes.
– Wyobrażam sobie. Ja też nie narzekam. Miło, że pytasz.
– Nie dałaś mi... A zresztą – widział, że się uśmiechnęła, więc tylko machnął usłużnie dłonią w jej stronę. – A jak u ciebie?
– O, dziękuję! Salon całkiem dobrze sobie radzi. Dzięki współpracy z twoimi kochanymi rodzicami mam dostęp do kremu z ambrozji i moje klientki są zachwycone. A Eros pomaga mi prowadzić ten portal randkowy i mamy tyle szczęśliwych, zakochanych par!
Apollo chciał odpowiedzieć, ale nagle dwa gołębie załopotały skrzydłami tuż nad jego głową i przysiadły na oparciu fotela.
– Wszędzie te przeklęte gołębie! – krzyknął, próbując je odpędzić.
– Apollo, słonko, przestań marudzić – mruknęła, nie zmieniając pozycji. – Dobrze wiesz, że mnie uwielbiają.
– Są obrzydliwe. I wszędzie srają.
Zmarszczyła nos z niesmakiem.
– Coraz częściej zastanawiam się, co za idiota zrobił z ciebie patrona artystów...
– To przez tę ziemię – powiedział zniechęcony, machając ręką w nieokreślonym kierunku. –  Tę codzienność. Tę... zwyczajność. Źle na mnie wpływają. Odbierają mi cały urok!
– Co ci odbierają? –  zsunęła okulary na nos i przybrała minę, jakby nie dosłyszała.
– Gdyby wszyscy inni bogowie nie byli tak nudni i pretensjonalni, to ręczę ci, że na pewno bym się z tobą nie spotykał – skwitował. W końcu udało mu się zmusić gołębie, żeby opuściły jego leżak i rozparł się na nim z zadowoleniem.
– Spokojnie, Apollo, ja też w życiu bym na ciebie nie spojrzała, gdybym miała jakikolwiek wybór.
– A kto tu mówił o patrzeniu? Po prostu oddałbym wszystko, żeby nie musieć cię słuchać.
Spojrzała na niego spod uniesionych brwi, a potem z powrotem założyła okulary, uniosła dumnie głowę i odwróciła ją w przeciwną stronę. Apollo zaśmiał się w duchu.
– A właśnie, czy twój luby nie powinien jakoś za niedługo tu wrócić? – spytał, żeby przełamać ciszę.
– Och, tak! – Ożywiła się od razu. – Co prawda, wszystko się teraz tak pomieszało w Hadesie. Wiesz, trudno wejść, trudno wyjść. Co chwila mają tam jakieś strajki robotnicze.
– Naprawdę?! – Apollo krzyknął, dostosowując się do jej rozentuzjazmowanego tonu. Oczywiście nawet nie zwróciła na to uwagi. Niestety intelekt nie idzie w parze z urodą nawet u bogów. Chyba, że chodzi o niego.  –  Nawet w Hadesie? Cóż to za straszne czasy!
– No właśnie! Ostatnio mój biedny Adonis musiał stać przy bramie przez tydzień, zanim dostał przepustkę! Chociaż wydaje mi się, że Persefona maczała w tym palce. Szmata dalej myśli, że może go mieć tylko dla siebie.
– Ona jest naprawdę nie do wytrzymania. Przecież mój ukochany tatuś – wypowiedział te słowa z nieskrywaną ironią, jak zawsze – powiedział wyraźnie, że może go mieć przez jedną trzecią roku, a potem wraca do ciebie.
– Przecież wiem! Ewidentnie nudzi jej się w Hadesie. Mogłaby znaleźć sobie jakieś konstruktywne zajęcie, jak już tam siedzi. Na przykład zająć się Cerberem. Podobno strasznie śmierdzi! Powinna coś z tym zrobić. Przynajmniej przez te pół roku, które tam spędza. A ona tylko siedzi na tym tronie swoim coraz grubszym dupskiem, a potem wychodzi na ziemię i zachowuje, jakby tutaj też była królową. Nawet Hera się tak nie puszy!
– O, nie, nie! Tutaj akurat nie masz racji. Nikt nie przebije Hery. Ostatnio znów miałem przyjemność – znowu ta ironia, czy to ziemia tak na niego działała? – ją zobaczyć. Dalej puszy się jak paw. Dosłownie. Jak paw.
Zaśmiali się, zadowoleni, że Hera nie ma już mocy, żeby ich dosłyszeć. Przynajmniej to uwłaczające wygnanie miało jakiś plus.
– A co u Hefajstosa? Pogodził się w końcu z tym, że wasze małżeństwo nie należy do najpiękniejszych, czy dalej jest zły?
– A kto go tam wie – powiedziała niechętnie. – Hefajstos tylko mamrocze coś gniewnie pod nosem i uderza w kółko tym swoim młotem w to swoje kowadło. I tak przez wieki.
– Nie możecie po prostu... no wiesz, w końcu się rozwieźć?
– Nie, nie, całe moje małżeństwo to przecież pomysł tej zazdrosnej suki, Hery. Jesteśmy w separacji i najprawdopodobniej szybciej wrócimy na Olimp, niż coś się w tej sprawie zmieni. Nie, żeby jakoś bardzo mi to przeszkadzało. I tak nie zamierzałam brać ślubu z martwym gościem, który jedną trzecią roku spędza w Hadesie.
– Myślałem, że kochasz Adonisa nad życie, czy coś w tym stylu.
– Oczywiście, że tak! Ale wiesz, on przez cztery miesiące zabawia się z Persefoną. A ja... no cóż... na ziemi jest całkiem sporo całkiem przystojnych śmiertelników. A to wszystko – wskazała swoje zgrabne, długie nogi i resztę ciała, ledwie okrytą cieniutką tkaniną szlafroka – nie może się tak po prostu marnować.
– Oczywiście, że nie – powiedział Apollo z powagą, po czym parsknął śmiechem.
Pokazała mu język.
– Zresztą, nawet w tak ciężkich czasach ktoś dalej musi uczyć tych biednych śmiertelników, jak się kochać – Afrodyta zrobiła zbolałą minę i westchnęła z rezygnacją. – Nie mogę tak po prostu zrezygnować z mojej roli. W końcu to ja jestem boginią miłości. 

Umarli bogowie (2)


Usiadła z godnością na skraju ogrodowego fotela, zarzuconego miękkimi poduszkami. Wygładziła swoją lnianą sukienkę i przesunęła ozdobną karafkę o kilka milimetrów, tak, żeby na pewno stała w centralnej części okrągłego stolika. Jej mąż zapadł się w poduszkach z westchnieniem, dziękując w duszy za cień, rzucany przez dach otwartego letniego namiotu.
Wprowadzająca ich kobieta (której imienia znów nie potrafiła sobie przypomnieć) skłoniła głowę i odeszła do reszty chichoczących dziewczyn, siedzących po drugiej stronie namiotu wśród farb i palet malarskich.
W końcu ich gospodarz wszedł do ogrodu, rozkładając szeroko ręce, mniej w geście powitania, a raczej, jakby czekał na oklaski.
– Witajcie! Witajcie w moich skromnych progach!
Po czym opadł na sofę i niedbałym ruchem poprawił opadające mu na twarz złote loki.
– Słyszałem, że... zmieniłeś branżę, synu – zagadnął Zeus, nalewając im ambrozję z karafki.
– Takie czasy – młodzieniec westchnął ostentacyjnie. – Prowadzenie burdelu opłaca się bardziej niż galeria sztuki.
– Apollo! – krzyknęła oburzona Hera.
Przewrócił oczami.
– Skończmy z tą pruderią. Burdel, zamtuz, dom rozkoszy, cyrk na kółkach. Nieważne, jak to nazwiesz, wszystko sprowadza się do dawania dupy.
– Ale nie trzeba mówić o tym w tak oczywisty sposób!
Roześmiał się swoim najbardziej czarującym śmiechem i dobrotliwie poklepał ją po dłoni.
– Nic się nie zmieniłaś przez te lata, najdroższa Hero. Chciałoby się wręcz rzec: ukochana matko, gdybyś nie była tylko moją macochą, bo twój bóg małżonek postanowił zabawić się na boku z moją mamuśką. Czy ty, swoją drogą, nie zesłałaś przypadkiem na ziemię tego obrzydliwego Pytona, żeby ją za to ukarać?
– Och, myślałam, że już dawno jesteśmy ponad to – mruknęła, odpalając papierosa w długiej, eleganckiej lufce.
– Tak, tak, oczywiście, przecież wszyscy mamy jakieś nieprzyjemne rodzinne historie – skinął nieznacznie wypielęgnowaną dłonią i Kalliope natychmiast postawiła na ich stoliku kryształową popielniczkę. – W końcu wasz ojciec połknął ciebie i całe twoje rodzeństwo, żebyście przypadkiem nie strącili go z tronu.
Zeus chrząknął znad swojego kieliszka, zanim jego żona zdążyła się odgryźć.
– Czy moglibyśmy choć raz w spokoju wypić ambrozję?
– Jasne, tatku. Euterpe, skarbie moje, podejdź tu i zagraj nam coś ładnego.
Eutrepe podniosła się z sofy i podeszła do nich. Długa zwiewna suknia ocierała się delikatnie o jej zgrabne nogi, gdy poruszała się płynnie, z naturalną gracją. Przyglądanie się muzom chyba nigdy mu się nie znudzi. Były tak piękne, tak kobiece i ulotne równocześnie. Co zrobiłby bez nich? No cóż, nie otworzyłby burdelu, to na pewno.
Przez chwilę w milczeniu przysłuchiwali się dźwiękom liry, które zawsze i nieodmiennie kojarzyły im się z pięknymi starożytnymi czasami, gdy ich życia były... radością. Władzą. I boskością w najczystszej postaci.
– Ja już dłużej nie mogę tak żyć! – krzyknął nagle Apollo, uderzając kieliszkiem o stolik. Hera przewróciła oczami. Czemu znowu zgodziła się do niego przyjść... – Kiedyś ludzie nas kochali, oddawali nam cześć! Uwielbiali moją twórczość! A teraz?! Moje biedne muzy, zamiast zsyłać na śmiertelników natchnienie i kierować ich dłońmi w magicznym procesie tworzenia sztuki, muszą siedzieć tutaj!
Jakby dla potwierdzenia swoich słów, machnął ręką w kierunku Eutrepe, która niewzruszenie kontynuowała grę z lekko przymkniętymi oczami.
– Nie wydaje mi się, żebyście żyli tutaj w złych warunkach – zauważyła Hera, przyglądając się fontannie, która stała w dalszej części ogrodu. Woda wypływała z dłoni misternie rzeźbionego posągu, który mógł przedstawiać tylko Apolla, i spływała na wyciągnięte ręce dziewięciu siedzących wokół niego kobiet, a później do basenu ozdobionego motywami winogron i liści laurowych. Apollo dalej i wciąż był tak niemożliwie... zadufany w sobie. A wiadomo przecież, jak źle się to skończyło w przypadku Narcyza.
– Naprawdę myślisz, że zwracam uwagę na te przyziemne materialne bzdury? To jedynie marna cząstka, wyblakły odblask światłości, którą mieliśmy na Olimpie.
– Olimp jest stracony, Apollo – syknęła Hera. – Nic nie możemy na to poradzić.
– Jak możecie akceptować to z takim spokojem? – Teatralnym gestem przyłożył dłoń do czoła. Czy było w nim w ogóle cokolwiek prawdziwego? – Jak może wam nie brakować igrzysk, organizowanych na naszą cześć? Wystawianych sztuk? Składanych ofiar? Oni już nawet nie wierzą, że naprawdę istniejemy! Czy może być coś bardziej uwłaczającego?!
W ciszy, która zapadła, Hera przyjrzała się posępnej twarzy swojego męża. Nie był już równie potężny, co kiedyś. Żadne z nich nie było. I bała się, że z wieku na wiek ich władza i potęga zanikają coraz bardziej.
– Lepiej powiedz nam, jak spędzasz teraz swój czas, synu? – zaczął łagodnym głosem Zeus, żeby zakończyć ten temat. Nikt nie był już w stanie wysłuchiwać marudzenia Apolla.
– A jak myślisz? – oburzył się chłopak. – Ja też mam całkiem pokaźną... klientelę.
– Nie myślałeś o tym, żeby zostać piosenkarzem? Albo muzykiem? Teraz to im ludzie oddają cześć.
– Słyszałeś kiedyś, czego teraz słuchają ludzie? To nie jest muzyka! To jakaś kpina. Nigdy nie zniżę się do takiego poziomu!
– Ale do poziomu dawania dupy mogłeś się zniżyć? – wtrąciła Hera.
Apollo wciągnął powietrze z mieszaniną oburzenia i niedowierzania.
– Przepraszam – powiedziała z zadowolonym uśmieszkiem, którego nawet nie starała się ukryć. – Myślałam, że mamy nazywać rzeczy po imieniu. 

Umarli bogowie (1)


Rozsiadł się wygodnie w miękkim fotelu, delikatnie pogładził dłonią blat hebanowego stołu. Zdecydowanie nie były to niebiańskie standardy, ale nauczył się już doceniać takie życie i jego drobne luksusy.
Spojrzał na żonę. Siedziała na kanapie w dopasowanym beżowym kostiumie i z idealnie ułożonym kokiem na wysoko uniesionej głowie. Zgrabne nogi założone jedna na drugą. Stopa w skórzanym bucie na wysokim obcasie podrygująca delikatnie w rytm jakiejś melodii, którą słyszała tylko ona. Nie, lata tego marnego życia nie odcisnęły na niej swojego piętna. Dalej była tą samą dumną, wredną suką, co tysiąclecia temu. Gardził nią za to. I kochał równocześnie.
Pukanie do drzwi wyrwało go z zadumy. Oderwał wzrok od żony i przeniósł go na młodą sekretarkę, która weszła do gabinetu. Idealna sylwetka. Uśmiech kształtnych ust. Rozpięty o jeden więcej, niż wypadało, guzik przy koszuli.
– Spotkanie zostało przeniesione na przyszły tydzień, jak pan sobie życzył, panie prezesie – powiedziała.
– Dziękuję, Jen.
Oczywiście mogła mu to przekazać przez intercom. Ale mogła też sprawić mu przyjemność i pozwolić nacieszyć oczy swoim widokiem. I delikatnie odrzucić pukiel blond włosów, który opadł jej na twarz.
– Nawet o tym nie myśl – powiedziała jego żona, gdy tylko zamknęły się drzwi. Nie podniosła oczu znad książki.
Uśmiechnął się. Zazdrosna jak zawsze. I naiwna jak zawsze. Udawało mu się ukrywać swoje drobne zdrady (a przynajmniej zdecydowaną większość) przez całe tysiąclecia, nawet wtedy, gdy jeszcze obejmowała swoim władaniem całą ziemię.
– Nie powinnaś już wychodzić na jakąś jogę? Albo pilates? – zapytał z bezczelnym uśmiechem.
Nic nie powiedziała, jedynie spiorunowała go wzrokiem. Spiorunowała. A to dobry żart.
Z zadowoleniem sięgnął po pilot i włączył wielki telewizor. Tysiąclecia byłyby zdecydowanie nudne bez tych ich drobnyh złośliwości.
Wiadomości. Wiadomości. Telenowela. Wiadomości. Po co niby komuś nieograniczona wiedza i władza nad światem? Teraz wystarczy włączyć telewizor, żeby wiedzieć, co dzieje się w dosłownie każdym zakątku świata. Teraz każdy, kto ma kablówkę albo internet jest bogiem, pomyślał z goryczą. Ale zaraz przypomniał mu się fakt, który zawsze pocieszał go w takich momentach. Ludzie dalej są tylko śmiertelnikami, którzy przez kilkadziesiąt lat próbują osiągnąć coś w swoim marnym życiu, po czym umierają i tracą to wszystko.
Jednak nagle jego uśmiech zgasł. Zatrzymał obraz w telewizorze.
– Jen – powiedział przez intercom. – Poślij po naszego przyjaciela. 
Żona spojrzała na niego spod uniesionych brwi. Zignorował ją. Postukał nerwowo palcami o blat stołu. Czemu zawsze trzeba na niego tyle czekać?
W końcu wszedł do gabinetu. Jak zawsze bez pukania i z tym wyrazem niezadowolenia na twarzy. Przeszedł przez pokój i oparł się o wielkie okno, ukazujące widok na wschodnią część miasta. Okna po drugiej stronie wychodziły na zachód i dzięki temu gabinet stawał się jakąś małą namiastką nieba – wysoko, niemal w chmurach, ale jednak dalej pomiędzy ludźmi.
– Przypomnij mi, po co oni tak drążą tymi machinami dziury w ziemi? – zapytał przybyłego mężczyznę, wskazując ręką zatrzymany obraz na ekranie telewizora.
– Szukają surowców, które napędzałyby inne machiny. Złóż węgla, gazu, ropy.
– Niepokoją mnie ci śmiertelnicy – powiedział smutno. – Z radością oddaliśmy im powierzchnię ziemi – mężczyzna przy oknie chrząknął znacząco, ale on kontynuował. – Oni, w podziękowaniu za naszą nieograniczoną dobroć, odebrali nam niebo. A teraz okazuje się, że to im nie wystarcza. Martwię się, że jeśli będą kopać tak dalej, głębiej i głębiej, to w końcu...
– Nigdy nie dotrą do Tartaru – przerwał mu mężczyzna. – Nie są jeszcze nawet blisko Hadesu, a sam powiedziałeś, że Tartar jest w takiej odległości od Hadesu, jak ziemia od nieba.
– No nie wiem, gdyby przypadkiem wypuścili Tytanów... albo cyklopów...
– Ludzie nigdy nie zrobiliby czegoś tak głupiego – wtrącił mężczyzna z przekonaniem.
– Masz rację – odparł z ironią. – Jak zawsze udało ci się rozwiać moje wątpliwości, Prometeuszu.
– Dla ciebie wszystko, Zeusie – powiedział równie sarkastycznie Prometeusz, po czym ukłonił się Herze, która odpowiedziała mu majestatycznym skinieniem głowy, i ruszył do drzwi.
Hera poczekała, aż wyjdzie, zamknęła książkę i ułożyła ją sobie równo na kolanach.
– Jeżeli wypuszczą Tytanów, nie uda ci się znowu zamknąć ich w Tartarze, mój drogi.
– Twoje słowa jak zawsze dodają mi otuchy, ukochana – odparł Zeus i z westchnieniem wyłączył telewizor.
Ludzie. Rozpanoszyli się po świecie, stworzyli te swoje przeklęte maszyny ryczące w przestworzach, zakłócające spokój Zefira i Boreasza, i te rozrywające biedną ziemię Gaję na strzępy. W końcu sprowadzą koniec na nas wszystkich. A wszystko przez to, że ten przeklęty Prometeusz dał im ogień. 

@booksoverhoes