Umarli bogowie (4)

Jej kroki odbijały się w korytarzu zwielokrotnionym echem. Pochodnia rzucała chybotliwe światło na kamienne ściany. Odgłos płaczu nikł coraz bardziej, rozmywał się, aż zastąpił go zawodzący dźwięk wiatru. Zawiasy żelaznej bramy jęknęły przeciągle, gdy popchnęła jedno skrzydło. Będzie trzeba je naoliwić. Te wilgotne podziemne powietrze im nie służy. Chociaż... efekt był całkiem upiorny, musiała to przyznać.
Nagle w ciemności rozległ się głos:
– Naprawdę, ze wszystkich rzeczy na świecie twoja twarz jest ostatnią, którą chciałam zobaczyć.
Zmarszczyła nos ze zniecierpliwieniem, wkładając pochodnię do uchwytu w ścianie, po czym przybrała jak najradośniejszą minę i odpowiadający jej ton:
– O, miło cię widzieć, Afrodyto.
Afrodyta stała po drugiej stronie, zaciskając nos palcami, jakby chciała uchronić się przed smrodem i świecąc dookoła latarką w telefonie.
– Nie mogę o tobie powiedzieć tego samego – powiedziała nieco zniekształconym głosem. – To znaczy mogłabym. Ale boję się, że zadławię się tymi słowami.
– Spokojnie, na pewno nie będzie to pierwsza rzecz, którą się zadławiłaś – odparła Persefona z uprzejmym uśmiechem.
– Masz rację – przyznała Afrodyta, udając, że głęboko się nad czymś zastanawia. –  Pamiętam ten jeden raz, kiedy starałam się powiedzieć, że ładnie wyglądasz.
W komnacie zapadła cisza.
– To gdzie jest Adonis? – spytała Afrodyta, a na jej twarzy malował się coraz większy niesmak.
Wtedy też w głębi korytarza rozległy się kroki, a chwilę później przez bramę przeszedł wysoki mężczyzna, w sekundę pokonał dzielącą go od Afrodyty odległość i chwycił ją w ramiona.
– Och, moglibyście poczekać przynajmniej, aż stąd wyjdziecie... – Persefona przyglądała się całej scenie powitalnej z niesmakiem.
– Ani mi się śni – rzuciła w jej stronę Afrodyta, na chwilę odrywając się od Adonisa. – Kiedy jesteś w Hadesie, masz ich obydwu, a ja muszę czekać sama na ziemi przez cztery miesiące. Cztery miesiące.
– Zawsze zostaje ci Ares – odparła. – Albo jakikolwiek inny bóg. Albo człowiek. Nigdy nie byłaś zbyt wybredna. Czy Zeus w końcu ci uległ? Wydaje mi się, że kiedy ostatnio sprawdzałam, był ostatnią osobą, która cię nie chciała.
– Ja przynajmniej nie musiałam nikogo do tego zmuszać – Afrodyta odwróciła się z wysoko uniesioną głową i ruszyła do wyjścia, ciągnąc mężczyznę za sobą.
– Jaka ona jest nieznośna... – mruknęła do siebie Persefona, gdy już została sama. Pogłaskała psią głowę, która pochyliła się w jej stronę. – Wydaje jej się, że jak jakiś parias dał jej jabłko parę tysięcy lat temu, to może sobie robić co chce...
Druga głowa stuknęła ją w ramię, także domagając się pieszczot.
– Ja też będę za tobą tęsknić, Cerber.
Nagle światło pochodni zafalowało w gwałtownym podmuchu wiatru i przygasło, pogrążając komnatę w ponurym półmroku. Wszystkie dźwięki ucichły, Cerber zastrzygł uszami w oczekiwaniu i wtedy z cienia wyłoniła się postać w szacie utkanej z nieprzeniknionej ciemności, a potem odezwała się głosem pełnym szelestu wyschniętych liści i chrzęstu kruszących się kości:
– Wrócisz do mnie za pół roku.
Persefona przewróciła oczami i odwróciła się na pięcie.
– Tak, wiem o tym – powiedziała, cedząc każde słowo. – Za każdym razem to samo. Stajesz tam, w tym miejscu – wskazała palcem pod jego nogi – zawsze dokładnie tam i mówisz tym grobowym głosem „wrócisz do mnie za pół roku” – wykrzywiła twarz, przedrzeźniając go. – Zjadłam ten pierdolony granat. Nie musisz przypominać mi o tym co rok. Po paru tysiącach lat naprawdę pamiętam.
Skrzyżował ramiona, ale przyglądał jej się z cieniem uśmiechu na ustach.
– Tylko się upewniam. Hades nie jest równie ponury, kiedy cię tu nie ma.
Uniosła ręce w bezradnym geście.
– Niech mi pomoże matka Gaja! Mógłbyś w końcu nauczyć się mówić lepsze komplementy.
Puścił jej słowa mimo uszu.
– Jakie masz plany?
Machnęła lekceważąco ręką.
– Na pewno pójdę z mamą na zakupy. Może jakieś SPA? I chciałabym odwiedzić Grecję. Podobno sytuacja jest tam już bardziej stabilna.
– Czy będę mógł cię odwiedzić? – spytał, zbliżając się do niej. – Raz? Albo dwa?
– Wiesz, że moja matka cię nienawidzi – powiedziała z żalem, wtulając głowę w kojącą ciemność jego szaty.
– Wiem, to w końcu moja siostra. Zawsze miała problemy z radzeniem sobie z gniewem. Albo pragnieniem zemsty. Albo nieodpartą potrzebą doprowadzenia do śmierci każdej żywej istoty...
Odsunęła od niego głowę i spojrzała mu w oczy.
– Przesadzasz.
– Przesadzam? Była w stanie zagłodzić całą ludzkość, tylko dlatego, że nie chciała, żebym z tobą był. Zdajesz sobie sprawę z tego, ile mielibyśmy roboty, gdyby wszyscy ci ludzie umarli? Dobrze, że wtedy jeszcze nie istniało coś takiego jak nadgodziny.
– Trzeba było mnie nie porywać.
– Wtedy przez całą wieczność podglądałbym cię jak jakiś stalker. Wiesz, że teraz to przestępstwo?
– Znowu czytałeś wiadomości?
– Mhm, po lewej stronie Styksu jest całkiem dobry zasięg.
Westchnęła ze zrezygnowaniem.
– A wszyscy myślą, że Hades jest ostatnią ostoją, w której ludzie jeszcze nie namieszali.
– Oj przestań – powiedział, znów się do niej uśmiechając. Dalej nie przestało jej to dziwić. Jak na boga śmierci, był wręcz nieprzyzwoicie wesoły. – Przecież wiem, jak kochasz te vlogi kulinarne.
– Dobra, wracaj już – mruknęła, całując go po raz ostatni na pożegnanie. – Lepiej, żeby mama na ciebie nie wpadła.
– Trzymaj ją daleko stąd! – krzyknął, nadając swojemu głosowi ton bezgranicznego przerażenia. – Pod żadnym pozorem nie wpuszczaj jej do środka. – krzyczał dalej, gdy pchnęła go w stronę bramy. – Jeszcze otruje Cerbera albo... Utopi Charona... Ta kobieta jest nieobliczalna! – wrzasnął ostatni raz, a potem zniknął.
Persefona pokręciła głową z uśmiechem. Będzie za nim tęskniła. Po raz ostatni podrapała za uchem każdą z głów Cerbera, wyjęła pochodnię z uchwytu i ruszyła w dalszą drogę. Charon nie był zbyt rozmowny, gdy przeprawiali się przez Styks. Nie spodziewała się niczego innego, przez te wszystkie tysiąclecia zamienił z nią może trzy słowa.
Szybciej wyczuła, niż zauważyła, że zbliża się do wyjścia. Powietrze stało się czystsze, lżejsze, mogła wciągnąć je głęboko w płuca bez strachu, że zakrztusi się dymem z piekielnych ogni. Nie miały w sumie żadnej funkcji, ale Hades uważał, że wprowadzają odpowiedni klimat, więc paliły się dzień i noc w każdym możliwym miejscu. W świetle wpadającym przez wyjście ujrzała postać, przestępującą niecierpliwie z nogi na nogę.
 – Mamo! – krzyknęła, wypuszczając z rąk pochodnię i rzucając się w matczyne objęcia.
– Kora – Demeter przytuliła córkę. Nic się nie zmieniła. Dalej nosiła dziwne, hipisowskie ubrania i pachniała polnymi kwiatami. Persefona rozkoszowała się tym zapachem, pozwalając, by powróciły do niej wszystkie wspomnienia z czasów, kiedy jeszcze była Korą. Chociaż, na ziemi dalej może nią być. – Chodź, chodź, zaparkowałam na miejscu dla inwalidów.
– Mamo! – Kora krzyknęła z oburzeniem.
– Oj, przestań, to przecież tylko na chwilę.
Kora ugryzła się w język. Nie, nie zacznie się kłócić dwie minuty po wyjściu z Hadesu.
– To... co tam u ciebie?
– Och, dobrze, dobrze. To znaczy, ludzie już mnie nie potrzebują, ale co zrobisz... Jeszcze w XVI wieku wprowadzałam płodozmian. Wydaje się, jakby to było wczoraj. Wtedy moje rady miały jakąś wartość, a teraz?
– Przecież mówiłaś, że cieszy cię prowadzenie tej kwiaciarni.
– Sieci. Sieci kwiaciarń. Oczywiście, że mnie cieszy – ton Demeter wskazywał coś całkiem odwrotnego. – W końcu całkiem lubię rośliny.
Dostawczak z logiem kwiaciarni stał nie na jednym, tylko na dwóch miejscach dla inwalidów, ustawiony niedbale pod dziwnym kątem. Kora pokręciła tylko głową i wsiadła do środka.
– Pasy – rzuciła do matki, ale ta zignorowała ją i ruszyła w drogę.
Jechały chwilę w ciszy, w której szumiało tylko radio, nieustawione na żadną konkretną stację. W końcu Demeter przerwała milczenie:
– I jak tam Erysichton? Mam nadzieję, że nawet w Hadesie dalej głoduje.
– Mamo! – Kora krzyknęła z niedowierzaniem. – Ty naprawdę masz problem z wybaczaniem.
– Wyciął mój święty dąb – powiedziała spokojnie Demeter, nie odrywając wzroku od drogi. – Z mojego świętego gaju. I zabił mieszkające w nim driady. Powinien za to cierpieć.
– Mamo, on sprzedał cały swój majątek na jedzenie, które i tak nie mogło zaspokoić jego głodu. Sprzedał swoją córkę. W niewolę. Wiele razy. Za jedzenie. A potem zjadł sam siebie. Bo ukarałaś go wiecznym, niezaspokojonym głodem.
Demeter wzruszyła ramionami.
– Trzeba było nie ścinać dębu.
Kora westchnęła z rezygnacją. To będzie cudowne pół roku. 

Siedem zasad survivalu

Posiadanie dużej wyobraźni to nie zawsze fajna sprawa. Posiadanie dużej wyobraźni i ewidentnie dziwnego umysłu może okazać się jeszcze gorsze. A posiadanie dużej wyobraźni, dziwnego umysłu i oglądanie horrorów... to już jest combo razy tysiąc.

Wiecie, żyjemy w trudnych czasach. Nad głowami wisi nam groźba rozprzestrzenienia się zmutowanego wirusa, zamieniającego ludzi w zombie. Wampiry wyewoluowały, wcale nie płoną w świetle słonecznym i mogą funkcjonować pomiędzy pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. Wilkołaki... po prostu wyją do księżyca w pełni. Czarownice warzą mikstury z nietoperzych skrzydeł i wbijają igły w laleczki voodoo. Duchy powracają i straszą w starych zakładach psychiatrycznych. A creepy dziewczynki ze splątanymi włosami wychodzą z naszych telewizorów.

I w całym tym strasznym okropieństwie jestem ja z moją zjebaną wyobraźnią, która podpowiada mi tysiące różnych scenariuszy śmierci za każdym razem, gdy tylko zamiga światło lampy.

Aha, a dodatkowo moja mama straszy mnie ciągle, że sprowadzam na siebie nieszczęście, gdy wieczorem albo w nocy wracam sama do domu (albo idę sama na parking do auta). Bo za którymś razem z krzaków na pewno wyskoczy gwałciciel nożownik.

A przestrzeń pod moim łóżkiem jest akurat na tyle duża, że idealnie zmieści się tam creepy demon/duch dziecka, które umarło na krześle elektrycznym podczas terapii wstrząsowej w psychiatryku na początku XX wieku. I tylko czeka, aż położę się spać, żeby wypełznąć stamtąd i zacząć drapać ściany, albo co tam robią straszne demono-duchy. Albo żeby mnie zabić, pożreć i zaciągnąć do zaświatów.

Z tego to powodu powiedziałam sobie dawno temu, że kończę z oglądaniem horrorów, bo są tylko pożywką dla mojego chorego umysłu i powodem, dla którego serce kiedyś zatrzyma mi się ze strachu. A mam jeszcze tyle życia przed sobą. Chyba, że ugryzie mnie zombie. Wtedy zostanie mi jakieś parę dni, bo jestem pewna, że sama nie przeprowadzę amputacji zarażonej kończyny.

Dlatego wypracowałam sobie mój własny system przetrwania, oparty na mądrościach, które przekazują nam filmy i seriale, i który pomaga mi w funkcjonowaniu. Na razie żyję, więc wydaje mi się, że działa całkiem sprawnie.



Jeżeli tylko masz wybór, to nigdy nie korzystaj z toalet publicznych. Szczególnie po 22:00, kiedy wychodzisz z kina i w całym centrum handlowym nie ma już zupełnie nikogo, i jeszcze pewnie, akurat jak już wymościsz sobie bocianie gniazdo na desce i posadzisz na niej tyłek, nagle zgasną wszystkie światła. A nawet jeśli tak się nie stanie, to na sto procent jakieś świeżo przemienione zombie, które jeszcze parę godzin temu uprawiało niewinny shopping, wczołga się do twojej kabiny przez tę przestrzeń, która zawsze jest tam na dole i złapie cię za nogę, i upierdoli w kostkę. To jedna z kluczowych i najważniejszych zasad przetrwania z Zombielandu.



Nigdy, przenigdy nie patrz w ciemność. Jeżeli wywali ci korki, albo odetną dostawę prądu, albo zgaśnie światło na klatce schodowej, albo po prostu nieopatrznie naciśniesz przełącznik i zostaniesz w kompletnej ciemności, to masz dwa wyjścia. Albo z zamkniętymi oczami biegnij do najbliższego źródła światła, albo w ekspresowym tempie włączaj latarkę w telefonie. Tylko pamiętaj, nie patrz w tę najbardziej czarną czerń, w której zawsze czają się wszystkie potwory. Bo jeśli już raz zauważysz tam świecące ślepia małego upiora z ostro zakończonymi paluchami, które idealnie nadają się do przebijania ludzkich klatek piersiowych, to po sprawie. Masz przejebane.



Gdy jesteś sam w domu i usłyszysz podejrzany dźwięk, pod żadnym pozorem nie krzycz "halo, czy ktoś tam jest?". To w ogóle najgłupsza rzecz ever. Nie zdradzaj swojej pozycji. Zabunkruj się w bezpiecznym miejscu. I dzwoń do Ghostbusters. Albo do mamy. Ale najpierw zastanów się, czy to przypadkiem nie twój kot, który znowu postanowił, że to najlepsza pora, żeby rozpocząć polowanie na zbłąkany kawałek nitki. Gorzej, jeśli twój kot właśnie smacznie śpi na twojej poduszce...



Za każdym razem, gdy gasisz światło i kładziesz się spać, a potem obracasz się w łóżku, potencjalnie mogą stać się dwie rzeczy: zobaczysz, że leży koło ciebie ten nawiedzony blady chłopiec z Klątwy albo że przy łóżku stoi i kiwa się jak w hipnozie nawiedzony ktokolwiek, jak w Paranormal activity. Dlatego, kiedy już raz się położysz, to najlepiej zaciskaj powieki jak najmocniej i módl się o szybki sen. I, nie daj Boże, nie rozglądaj się dookoła. Albo zostaw zapalone światło. Wtedy żadne potwory nie wypełzną ze swoich kryjówek ani nie wyjdą z szafy. Potwierdzone info.



Drugą równie ważną zasadą podczas snu jest to, żeby opatulić się kołdrą z każdej możliwej strony. Tak, żeby nie wystawał spod niej nawet najmniejszy palec u stopy. Chyba wolelibyście mieć wszystkie palce u stóp. W końcu doskonale wiadomo, że kołdra jest najlepszą tarczą anty-creepy-potworową.



Zawsze bądź przygotowany. Czy to na wypadek inwazji kosmitów, zmasowanego ataku zombie, albo wampira wlatującego w postaci nietoperza przez twoje uchylone okno. Ja, przezornie, mam przygotowany cały plan na wypadek apokalipsy, w którym przewidziane są tak ważne kwestie, jak ewakuacja wszystkich bliskich mi osób, wytwarzanie energii, sposoby transportu i otworzenie własnej hodowli kurczaków. Na szczęście, moja mama nieświadomie przyczynia się do robienia zapasów (mamy całą szafkę konserw wszelkiej maści i jakieś parę ton papieru toaletowego, który wozi w samochodzie, bo nie ma gdzie go trzymać w mieszkaniu).



A co do gwałcicieli nożowników - nie chodź koło krzaków.

Umarli bogowie (3)



Gdy automatyczne drzwi rozsunęły się przed nim, owionął go zapach róż. Róże były wszędzie, wymyślne kompozycje przyozdobione gałązkami mirtu wylewały się ze szklanych wazonów ustawionych na każdym możliwym stoliku, stoliczku i blacie.
– Hej, Apollo! – krzyknęła Aglaja, przechodząc koło niego z naręczem bladoróżowych ręczników, złożonych w nienagannie równą kostkę.
– Zabieg odmładzający? Tak, mamy wolny termin w środę za trzy tygodnie – powiedziała Eufrosyne do telefonu, równocześnie puszczając mu oczko.
– Och, Apollo, jak miło cię widzieć! – Talia przerwała układanie róż w tysięcznym wazonie i posłała mu jeden ze swoich uśmiechów.
Podszedł do niej tanecznym krokiem, objął w talii i przyciągnął do siebie.
– Tęskniłyście za mną?
– Każdego dnia, słońce – mruknęła, oplatając rękami jego szyję.
– Apollo! – powiedział ktoś karcąco za jego plecami. Odwrócił się razem z Talią i jego oczom ukazała się najpiękniejsza istota na świecie. Całe tysiąclecia niczego nie zmieniły, dalej wyglądała równie wspaniale, co pierwszego dnia, gdy pojawiła się na Olimpie w rydwanie ciągniętym przez zaprzęgi białych gołębi. Tym bardziej, że miała na sobie tylko kusy jedwabny szlafroczek. Apollo znał się na rzeczy. Widział w życiu wiele pięknych kobiet i równie wielu pięknych mężczyzn. – Trzymaj łapy z daleka od moich Charyt. Muzy już ci nie wystarczają?
– Mój związek z Muzami jest ściśle platoniczny! – powiedział urażonym tonem, puszczając Talię i przykładając dłoń do serca. – Jest na poziomie duchowym!
– Oczywiście, oczywiście! – zaśmiała się. Zbliżyła się do niego i pozwoliła, by otoczył go zapach jej słodkich perfum. – A wiesz jak to się teraz nazywa? Harem.
Apollo żachnął się i przez moment nie potrafił wydobyć z siebie głosu.
– Nie zapowietrzaj się tak, słonko – powiedziała słodkim tonem, złapała go za dłoń i pociągnęła do bocznego wyjścia. Na zewnątrz wyłożyła się wdzięcznie na drewnianym leżaku i poklepała miejsce obok. – Lepiej usiądź sobie tutaj i opowiedz mi, co tam u ciebie. Kazałam nagrzać nam w saunie.
– Ostatnio znów poszedłem do muzeum się zobaczyć – powiedział, rozpinając koszulę i kładąc się na drugim leżaku.
– Och, ja nie mogę na siebie patrzeć. Dalej nie wiem, jak to możliwe, że mój najsłynniejszy posąg nie ma rąk. I jest bardzo nie na czasie. Jestem przekonana, że ludzie patrzą na niego teraz i myślą: jaka ona jest gruba. Wiesz, te kanony piękna, tak często się zmieniają. Trzeba za nimi nadążać. Spójrz tylko na mnie - fitness, siłownia, zdrowa dieta. W końcu nie samą ambrozją się żyje. Powinni mnie wyrzeźbić teraz!
Jakby na potwierdzenie tych słów, Talia wyszła na taras i postawiła na stoliku koło nich dwa zielone koktajle, przystrojone kawałkami truskawek. Odchodząc, posłała w stronę Apolla buziaka.
– I jak tam twoja nowa działalność? – spytała bogini, zakładając na nos ciemne okulary i wystawiając twarz w kierunku słońca.
– Burdel. To jest burdel. Czemu nikt nie może tego nazywać normalnie? – powiedział, kręcąc głową. – Całkiem dobrze. To bardzo sprawnie prosperujący biznes.
– Wyobrażam sobie. Ja też nie narzekam. Miło, że pytasz.
– Nie dałaś mi... A zresztą – widział, że się uśmiechnęła, więc tylko machnął usłużnie dłonią w jej stronę. – A jak u ciebie?
– O, dziękuję! Salon całkiem dobrze sobie radzi. Dzięki współpracy z twoimi kochanymi rodzicami mam dostęp do kremu z ambrozji i moje klientki są zachwycone. A Eros pomaga mi prowadzić ten portal randkowy i mamy tyle szczęśliwych, zakochanych par!
Apollo chciał odpowiedzieć, ale nagle dwa gołębie załopotały skrzydłami tuż nad jego głową i przysiadły na oparciu fotela.
– Wszędzie te przeklęte gołębie! – krzyknął, próbując je odpędzić.
– Apollo, słonko, przestań marudzić – mruknęła, nie zmieniając pozycji. – Dobrze wiesz, że mnie uwielbiają.
– Są obrzydliwe. I wszędzie srają.
Zmarszczyła nos z niesmakiem.
– Coraz częściej zastanawiam się, co za idiota zrobił z ciebie patrona artystów...
– To przez tę ziemię – powiedział zniechęcony, machając ręką w nieokreślonym kierunku. –  Tę codzienność. Tę... zwyczajność. Źle na mnie wpływają. Odbierają mi cały urok!
– Co ci odbierają? –  zsunęła okulary na nos i przybrała minę, jakby nie dosłyszała.
– Gdyby wszyscy inni bogowie nie byli tak nudni i pretensjonalni, to ręczę ci, że na pewno bym się z tobą nie spotykał – skwitował. W końcu udało mu się zmusić gołębie, żeby opuściły jego leżak i rozparł się na nim z zadowoleniem.
– Spokojnie, Apollo, ja też w życiu bym na ciebie nie spojrzała, gdybym miała jakikolwiek wybór.
– A kto tu mówił o patrzeniu? Po prostu oddałbym wszystko, żeby nie musieć cię słuchać.
Spojrzała na niego spod uniesionych brwi, a potem z powrotem założyła okulary, uniosła dumnie głowę i odwróciła ją w przeciwną stronę. Apollo zaśmiał się w duchu.
– A właśnie, czy twój luby nie powinien jakoś za niedługo tu wrócić? – spytał, żeby przełamać ciszę.
– Och, tak! – Ożywiła się od razu. – Co prawda, wszystko się teraz tak pomieszało w Hadesie. Wiesz, trudno wejść, trudno wyjść. Co chwila mają tam jakieś strajki robotnicze.
– Naprawdę?! – Apollo krzyknął, dostosowując się do jej rozentuzjazmowanego tonu. Oczywiście nawet nie zwróciła na to uwagi. Niestety intelekt nie idzie w parze z urodą nawet u bogów. Chyba, że chodzi o niego.  –  Nawet w Hadesie? Cóż to za straszne czasy!
– No właśnie! Ostatnio mój biedny Adonis musiał stać przy bramie przez tydzień, zanim dostał przepustkę! Chociaż wydaje mi się, że Persefona maczała w tym palce. Szmata dalej myśli, że może go mieć tylko dla siebie.
– Ona jest naprawdę nie do wytrzymania. Przecież mój ukochany tatuś – wypowiedział te słowa z nieskrywaną ironią, jak zawsze – powiedział wyraźnie, że może go mieć przez jedną trzecią roku, a potem wraca do ciebie.
– Przecież wiem! Ewidentnie nudzi jej się w Hadesie. Mogłaby znaleźć sobie jakieś konstruktywne zajęcie, jak już tam siedzi. Na przykład zająć się Cerberem. Podobno strasznie śmierdzi! Powinna coś z tym zrobić. Przynajmniej przez te pół roku, które tam spędza. A ona tylko siedzi na tym tronie swoim coraz grubszym dupskiem, a potem wychodzi na ziemię i zachowuje, jakby tutaj też była królową. Nawet Hera się tak nie puszy!
– O, nie, nie! Tutaj akurat nie masz racji. Nikt nie przebije Hery. Ostatnio znów miałem przyjemność – znowu ta ironia, czy to ziemia tak na niego działała? – ją zobaczyć. Dalej puszy się jak paw. Dosłownie. Jak paw.
Zaśmiali się, zadowoleni, że Hera nie ma już mocy, żeby ich dosłyszeć. Przynajmniej to uwłaczające wygnanie miało jakiś plus.
– A co u Hefajstosa? Pogodził się w końcu z tym, że wasze małżeństwo nie należy do najpiękniejszych, czy dalej jest zły?
– A kto go tam wie – powiedziała niechętnie. – Hefajstos tylko mamrocze coś gniewnie pod nosem i uderza w kółko tym swoim młotem w to swoje kowadło. I tak przez wieki.
– Nie możecie po prostu... no wiesz, w końcu się rozwieźć?
– Nie, nie, całe moje małżeństwo to przecież pomysł tej zazdrosnej suki, Hery. Jesteśmy w separacji i najprawdopodobniej szybciej wrócimy na Olimp, niż coś się w tej sprawie zmieni. Nie, żeby jakoś bardzo mi to przeszkadzało. I tak nie zamierzałam brać ślubu z martwym gościem, który jedną trzecią roku spędza w Hadesie.
– Myślałem, że kochasz Adonisa nad życie, czy coś w tym stylu.
– Oczywiście, że tak! Ale wiesz, on przez cztery miesiące zabawia się z Persefoną. A ja... no cóż... na ziemi jest całkiem sporo całkiem przystojnych śmiertelników. A to wszystko – wskazała swoje zgrabne, długie nogi i resztę ciała, ledwie okrytą cieniutką tkaniną szlafroka – nie może się tak po prostu marnować.
– Oczywiście, że nie – powiedział Apollo z powagą, po czym parsknął śmiechem.
Pokazała mu język.
– Zresztą, nawet w tak ciężkich czasach ktoś dalej musi uczyć tych biednych śmiertelników, jak się kochać – Afrodyta zrobiła zbolałą minę i westchnęła z rezygnacją. – Nie mogę tak po prostu zrezygnować z mojej roli. W końcu to ja jestem boginią miłości. 

Umarli bogowie (2)


Usiadła z godnością na skraju ogrodowego fotela, zarzuconego miękkimi poduszkami. Wygładziła swoją lnianą sukienkę i przesunęła ozdobną karafkę o kilka milimetrów, tak, żeby na pewno stała w centralnej części okrągłego stolika. Jej mąż zapadł się w poduszkach z westchnieniem, dziękując w duszy za cień, rzucany przez dach otwartego letniego namiotu.
Wprowadzająca ich kobieta (której imienia znów nie potrafiła sobie przypomnieć) skłoniła głowę i odeszła do reszty chichoczących dziewczyn, siedzących po drugiej stronie namiotu wśród farb i palet malarskich.
W końcu ich gospodarz wszedł do ogrodu, rozkładając szeroko ręce, mniej w geście powitania, a raczej, jakby czekał na oklaski.
– Witajcie! Witajcie w moich skromnych progach!
Po czym opadł na sofę i niedbałym ruchem poprawił opadające mu na twarz złote loki.
– Słyszałem, że... zmieniłeś branżę, synu – zagadnął Zeus, nalewając im ambrozję z karafki.
– Takie czasy – młodzieniec westchnął ostentacyjnie. – Prowadzenie burdelu opłaca się bardziej niż galeria sztuki.
– Apollo! – krzyknęła oburzona Hera.
Przewrócił oczami.
– Skończmy z tą pruderią. Burdel, zamtuz, dom rozkoszy, cyrk na kółkach. Nieważne, jak to nazwiesz, wszystko sprowadza się do dawania dupy.
– Ale nie trzeba mówić o tym w tak oczywisty sposób!
Roześmiał się swoim najbardziej czarującym śmiechem i dobrotliwie poklepał ją po dłoni.
– Nic się nie zmieniłaś przez te lata, najdroższa Hero. Chciałoby się wręcz rzec: ukochana matko, gdybyś nie była tylko moją macochą, bo twój bóg małżonek postanowił zabawić się na boku z moją mamuśką. Czy ty, swoją drogą, nie zesłałaś przypadkiem na ziemię tego obrzydliwego Pytona, żeby ją za to ukarać?
– Och, myślałam, że już dawno jesteśmy ponad to – mruknęła, odpalając papierosa w długiej, eleganckiej lufce.
– Tak, tak, oczywiście, przecież wszyscy mamy jakieś nieprzyjemne rodzinne historie – skinął nieznacznie wypielęgnowaną dłonią i Kalliope natychmiast postawiła na ich stoliku kryształową popielniczkę. – W końcu wasz ojciec połknął ciebie i całe twoje rodzeństwo, żebyście przypadkiem nie strącili go z tronu.
Zeus chrząknął znad swojego kieliszka, zanim jego żona zdążyła się odgryźć.
– Czy moglibyśmy choć raz w spokoju wypić ambrozję?
– Jasne, tatku. Euterpe, skarbie moje, podejdź tu i zagraj nam coś ładnego.
Eutrepe podniosła się z sofy i podeszła do nich. Długa zwiewna suknia ocierała się delikatnie o jej zgrabne nogi, gdy poruszała się płynnie, z naturalną gracją. Przyglądanie się muzom chyba nigdy mu się nie znudzi. Były tak piękne, tak kobiece i ulotne równocześnie. Co zrobiłby bez nich? No cóż, nie otworzyłby burdelu, to na pewno.
Przez chwilę w milczeniu przysłuchiwali się dźwiękom liry, które zawsze i nieodmiennie kojarzyły im się z pięknymi starożytnymi czasami, gdy ich życia były... radością. Władzą. I boskością w najczystszej postaci.
– Ja już dłużej nie mogę tak żyć! – krzyknął nagle Apollo, uderzając kieliszkiem o stolik. Hera przewróciła oczami. Czemu znowu zgodziła się do niego przyjść... – Kiedyś ludzie nas kochali, oddawali nam cześć! Uwielbiali moją twórczość! A teraz?! Moje biedne muzy, zamiast zsyłać na śmiertelników natchnienie i kierować ich dłońmi w magicznym procesie tworzenia sztuki, muszą siedzieć tutaj!
Jakby dla potwierdzenia swoich słów, machnął ręką w kierunku Eutrepe, która niewzruszenie kontynuowała grę z lekko przymkniętymi oczami.
– Nie wydaje mi się, żebyście żyli tutaj w złych warunkach – zauważyła Hera, przyglądając się fontannie, która stała w dalszej części ogrodu. Woda wypływała z dłoni misternie rzeźbionego posągu, który mógł przedstawiać tylko Apolla, i spływała na wyciągnięte ręce dziewięciu siedzących wokół niego kobiet, a później do basenu ozdobionego motywami winogron i liści laurowych. Apollo dalej i wciąż był tak niemożliwie... zadufany w sobie. A wiadomo przecież, jak źle się to skończyło w przypadku Narcyza.
– Naprawdę myślisz, że zwracam uwagę na te przyziemne materialne bzdury? To jedynie marna cząstka, wyblakły odblask światłości, którą mieliśmy na Olimpie.
– Olimp jest stracony, Apollo – syknęła Hera. – Nic nie możemy na to poradzić.
– Jak możecie akceptować to z takim spokojem? – Teatralnym gestem przyłożył dłoń do czoła. Czy było w nim w ogóle cokolwiek prawdziwego? – Jak może wam nie brakować igrzysk, organizowanych na naszą cześć? Wystawianych sztuk? Składanych ofiar? Oni już nawet nie wierzą, że naprawdę istniejemy! Czy może być coś bardziej uwłaczającego?!
W ciszy, która zapadła, Hera przyjrzała się posępnej twarzy swojego męża. Nie był już równie potężny, co kiedyś. Żadne z nich nie było. I bała się, że z wieku na wiek ich władza i potęga zanikają coraz bardziej.
– Lepiej powiedz nam, jak spędzasz teraz swój czas, synu? – zaczął łagodnym głosem Zeus, żeby zakończyć ten temat. Nikt nie był już w stanie wysłuchiwać marudzenia Apolla.
– A jak myślisz? – oburzył się chłopak. – Ja też mam całkiem pokaźną... klientelę.
– Nie myślałeś o tym, żeby zostać piosenkarzem? Albo muzykiem? Teraz to im ludzie oddają cześć.
– Słyszałeś kiedyś, czego teraz słuchają ludzie? To nie jest muzyka! To jakaś kpina. Nigdy nie zniżę się do takiego poziomu!
– Ale do poziomu dawania dupy mogłeś się zniżyć? – wtrąciła Hera.
Apollo wciągnął powietrze z mieszaniną oburzenia i niedowierzania.
– Przepraszam – powiedziała z zadowolonym uśmieszkiem, którego nawet nie starała się ukryć. – Myślałam, że mamy nazywać rzeczy po imieniu. 

Umarli bogowie (1)


Rozsiadł się wygodnie w miękkim fotelu, delikatnie pogładził dłonią blat hebanowego stołu. Zdecydowanie nie były to niebiańskie standardy, ale nauczył się już doceniać takie życie i jego drobne luksusy.
Spojrzał na żonę. Siedziała na kanapie w dopasowanym beżowym kostiumie i z idealnie ułożonym kokiem na wysoko uniesionej głowie. Zgrabne nogi założone jedna na drugą. Stopa w skórzanym bucie na wysokim obcasie podrygująca delikatnie w rytm jakiejś melodii, którą słyszała tylko ona. Nie, lata tego marnego życia nie odcisnęły na niej swojego piętna. Dalej była tą samą dumną, wredną suką, co tysiąclecia temu. Gardził nią za to. I kochał równocześnie.
Pukanie do drzwi wyrwało go z zadumy. Oderwał wzrok od żony i przeniósł go na młodą sekretarkę, która weszła do gabinetu. Idealna sylwetka. Uśmiech kształtnych ust. Rozpięty o jeden więcej, niż wypadało, guzik przy koszuli.
– Spotkanie zostało przeniesione na przyszły tydzień, jak pan sobie życzył, panie prezesie – powiedziała.
– Dziękuję, Jen.
Oczywiście mogła mu to przekazać przez intercom. Ale mogła też sprawić mu przyjemność i pozwolić nacieszyć oczy swoim widokiem. I delikatnie odrzucić pukiel blond włosów, który opadł jej na twarz.
– Nawet o tym nie myśl – powiedziała jego żona, gdy tylko zamknęły się drzwi. Nie podniosła oczu znad książki.
Uśmiechnął się. Zazdrosna jak zawsze. I naiwna jak zawsze. Udawało mu się ukrywać swoje drobne zdrady (a przynajmniej zdecydowaną większość) przez całe tysiąclecia, nawet wtedy, gdy jeszcze obejmowała swoim władaniem całą ziemię.
– Nie powinnaś już wychodzić na jakąś jogę? Albo pilates? – zapytał z bezczelnym uśmiechem.
Nic nie powiedziała, jedynie spiorunowała go wzrokiem. Spiorunowała. A to dobry żart.
Z zadowoleniem sięgnął po pilot i włączył wielki telewizor. Tysiąclecia byłyby zdecydowanie nudne bez tych ich drobnyh złośliwości.
Wiadomości. Wiadomości. Telenowela. Wiadomości. Po co niby komuś nieograniczona wiedza i władza nad światem? Teraz wystarczy włączyć telewizor, żeby wiedzieć, co dzieje się w dosłownie każdym zakątku świata. Teraz każdy, kto ma kablówkę albo internet jest bogiem, pomyślał z goryczą. Ale zaraz przypomniał mu się fakt, który zawsze pocieszał go w takich momentach. Ludzie dalej są tylko śmiertelnikami, którzy przez kilkadziesiąt lat próbują osiągnąć coś w swoim marnym życiu, po czym umierają i tracą to wszystko.
Jednak nagle jego uśmiech zgasł. Zatrzymał obraz w telewizorze.
– Jen – powiedział przez intercom. – Poślij po naszego przyjaciela. 
Żona spojrzała na niego spod uniesionych brwi. Zignorował ją. Postukał nerwowo palcami o blat stołu. Czemu zawsze trzeba na niego tyle czekać?
W końcu wszedł do gabinetu. Jak zawsze bez pukania i z tym wyrazem niezadowolenia na twarzy. Przeszedł przez pokój i oparł się o wielkie okno, ukazujące widok na wschodnią część miasta. Okna po drugiej stronie wychodziły na zachód i dzięki temu gabinet stawał się jakąś małą namiastką nieba – wysoko, niemal w chmurach, ale jednak dalej pomiędzy ludźmi.
– Przypomnij mi, po co oni tak drążą tymi machinami dziury w ziemi? – zapytał przybyłego mężczyznę, wskazując ręką zatrzymany obraz na ekranie telewizora.
– Szukają surowców, które napędzałyby inne machiny. Złóż węgla, gazu, ropy.
– Niepokoją mnie ci śmiertelnicy – powiedział smutno. – Z radością oddaliśmy im powierzchnię ziemi – mężczyzna przy oknie chrząknął znacząco, ale on kontynuował. – Oni, w podziękowaniu za naszą nieograniczoną dobroć, odebrali nam niebo. A teraz okazuje się, że to im nie wystarcza. Martwię się, że jeśli będą kopać tak dalej, głębiej i głębiej, to w końcu...
– Nigdy nie dotrą do Tartaru – przerwał mu mężczyzna. – Nie są jeszcze nawet blisko Hadesu, a sam powiedziałeś, że Tartar jest w takiej odległości od Hadesu, jak ziemia od nieba.
– No nie wiem, gdyby przypadkiem wypuścili Tytanów... albo cyklopów...
– Ludzie nigdy nie zrobiliby czegoś tak głupiego – wtrącił mężczyzna z przekonaniem.
– Masz rację – odparł z ironią. – Jak zawsze udało ci się rozwiać moje wątpliwości, Prometeuszu.
– Dla ciebie wszystko, Zeusie – powiedział równie sarkastycznie Prometeusz, po czym ukłonił się Herze, która odpowiedziała mu majestatycznym skinieniem głowy, i ruszył do drzwi.
Hera poczekała, aż wyjdzie, zamknęła książkę i ułożyła ją sobie równo na kolanach.
– Jeżeli wypuszczą Tytanów, nie uda ci się znowu zamknąć ich w Tartarze, mój drogi.
– Twoje słowa jak zawsze dodają mi otuchy, ukochana – odparł Zeus i z westchnieniem wyłączył telewizor.
Ludzie. Rozpanoszyli się po świecie, stworzyli te swoje przeklęte maszyny ryczące w przestworzach, zakłócające spokój Zefira i Boreasza, i te rozrywające biedną ziemię Gaję na strzępy. W końcu sprowadzą koniec na nas wszystkich. A wszystko przez to, że ten przeklęty Prometeusz dał im ogień. 

Góra Olimp, czyli Blog Conference Poznań

Może wiecie, może nie, ale bogowie greccy wcale nie mieli swojej siedziby gdzieś wysoko w niebiosach albo w innym wymiarze, albo na końcu złotego mostu, tylko na ziemi, a dokładniej na górze Olimp. Coś świta? Niestety Olimp był tak niesamowicie wysoki i niedostępny, że żaden śmiertelnik i tak nie mógł się tam dostać.

Nie, wcale nie, Olimp nie jest dużo wyższy od takich Rys na przykład. Ale podobno każdy, kto próbował tam wejść po prostu spadał, więc trochę kapa.

W każdym razie, sens tej metafory (bo to miała być metafora) jest taki, że wszyscy blogerzy i youtuberzy znajdują się niby w tych samych internetach, ale internety, w których na niebiańskich chmurkach i obłoczkach lata sobie taki StayFly albo Opydo, są zdecydowanie bliżej Olimpu niż te, w których znajduję się ja. I większość blogosfery.

I wiecie, w mitologii, kiedy już ci bogowie schodzili z Olimpu pomiędzy marnych śmiertelników, najczęściej przyjmowali postać jakiegoś zwierzęcia. Zeus upatrzył sobie piękną Europę i uwiózł ją na grzbiecie pod postacią byka (to znaczy Zeus był bykiem, Europa dalej była piękna i miała dwie nogi). Zazdrosny Ares w formie dzika zabił Adonisa.

A tu proszę, okazało się, że wszyscy znani blogerzy i youtuberzy, których dotąd widziałam/czytałam tylko na ekranie, wyglądają całkiem jak ludzie. Żadnych rogów, żadnych ogonów, żadnych kopyt. Ani nawet jakiegoś szczególnie nadprogramowego owłosienia twarzy. Mówią też jakoś tak, jak zwykli śmiertelnicy. O i nie wstydzą się przyznać, że przed swoją prelekcją nie zdążyli zrobić kupy. Tak.

Tutaj kończy się moja metafora, bo zwykli śmiertelnicy nie mieli szans dostać się na Olimp. Nawet po śmierci. I nawet jeśli zrobili coś przesuperowego. Chyba, że byli półbogami. I posprzątali stajnię Augiasza. U nas jednak krążą takie legendy, że (podobno) można jeszcze zasłużyć sobie na to, żeby zająć miejsce w panteonie bogów blogosfery.

Co zaś się tyczy samego Blog Conference Poznań, to byłam mile zaskoczona. Oczywiście, do ostatniej sekundy wcale nie chciało mi się tam jechać, bo jestem zbyt leniwa, a pakowanie walizki to ciężka sprawa. Ale jednak miło porozmawiać z ludźmi, którzy mają takie same problemy, co ja. Którzy rozumieją, co to UU, muszą się zastanawiać nad tym, co powiedzą w sieci i jak to wpłynie na odbiór ich bloga i codziennie wrzucać zdjęcie na fanpage. I nie są Pawłem. Z Pawłem rozmawiałam już o tym miliony razy. Niby się przyjaźnimy, ale to w końcu kiedyś zaczyna się nudzić.

Nie ukrywam, że dużo więcej wsparcia i poczucia wspólnoty zaznałam dotychczas na bookstagramie (który mam trzy tygodnie) niż przez dwa lata blogowania (tak, to już prawie dwa lata i gdzie są niby moje kampanie za grube miliony? - na takie właśnie pytania odpowiedziałam sobie podczas BCP <tu tapnij, jeśli jesteś zainteresowany>). A tutaj po raz pierwszy okazało się, że blogerzy to też ludzie i chętnie z Tobą porozmawiają, chętnie podzielą się wiedzą (mimo, że niektóre panele kojarzyły mi się bardziej ze szkoleniem Lou Pre czy innego MLMu niż polskiej blogosfery) i potaniają na parkiecie do hiciorów sprzed dekady.

Przez te dwa dni wykazałam się zdolnościami socjalnymi na tak wysokim poziomie, że aż sama się dziwię. I jestem dumna. Ewidentnie teraz nie odezwę się do nikogo przez tydzień.

A, a cały czas, gdy byliśmy w Poznaniu, czuliśmy się jakoś źle i gorzej. I uświadomiliśmy sobie w końcu, że to najprawdopodobniej dlatego, że mają tam za czyste powietrze. Nasze organizmy po prostu świrowały, bo nie otrzymywały odpowiednio dużej dawki porządnego śląskiego smogu.

Katja Kettu - Ćma


Ćma
Katja Kettu
Recenzja

W 1937 roku piętnastoletnia Irga Malinen zachodzi w ciążę z rosyjskim agitatorem, Wilczym Zębem. Irga jest Finlandką, córką Białego Boga, więc ten niecny czyn okrywa ją hańbą. Ze strachu przed gniewem ojca i lokalnej społeczności postanawia uciec do Rosji, do swojego ukochanego, granicę fińsko-rosyjską pokonując na... nartach.

Okazuje się jednak, że Wilczy Ząb nie jest zachwycony ani dzieckiem, ani faktem, że podczas tortur, którym poddali Irgę jej pobratymcy, przypadkiem odcięli jej język. Dlatego, opuszcza ją i dziewczyna zostaje zabrana na przesłuchanie. Władze oskarżają Irgę o szpiegostwo, a ona nie zna języka ani nie może mówić, żeby się obronić, więc po kolejnych torturach podpisuje wszystkie papiery, które podkładają jej pod nos i zostaje zesłana do gułagu w Workucie, jako więzień polityczny. Najgorszy rodzaj więźnia.

Równocześnie z historią Irgi, prowadzona jest też opowieść w czasach teraźniejszych. Do wsi Ławra na terenie Rosji w 2015 roku przybywa Verna. Decyduje się na to, po kolejnym, jeszcze bardziej rozpaczliwym i pisanym w delirium liście swojego ojca, który wybrał się tam, by odkryć prawdę, dotyczącą ich korzeni. Jego matką była Irga Malinen, o której dokumenty mówią, że zmarła w gułagu w latach pięćdziesiątych. Jednak ojciec Verny twierdzi, że ma niezbite dowody, które potwierdzają, że Irga została zamordowana przez tajemniczego człowieka/stwora zwanego Motyliokiem. Gdy Verna dociera na miejsce, okazuje się, że ojciec nie żyje, a w jego ustach kobieta znajduje motyla.

To historia pełna brutalnej rzeczywistości, pokazująca realia panujące w gułagu, niemożliwe do spełnienia normy dotyczące wydobycia węgla, okrutnych więźniów, którzy walczą między sobą o dominację i dodatkowy kawałek mięsa renifera, skorumpowanych strażników. Historia o życiu kobiety w obozie pracy, gdzie nawet fakt, że jest w ciąży nie powstrzymuje nikogo przed gwałtem czy bestialskim pobiciem. Albo wysłaniem jej na prace do kopalni, gdzie zaczyna rodzić.

Kettu nie boi się umieścić w swojej powieści żadnej sceny, czy to śmierci, czy gwałtu, czy seksu po prostu, czy morderstwa. Pisze bezpośrednio, momentami wulgarnie. Otwarcie mówi o nieludzkich, zwierzęcych zachowaniach człowieka. Ale wszystko to jest otoczone tajemnicą z przeszłości (co naprawdę stało się w workuckim gułagu?) oraz magią i starymi bogami z maryjskich wierzeń (Maryjczycy, Czeremisi, to pogański lud zamieszkujący republikę El Mari w Federacji Rosyjskiej).

Elna, przyjaciółka Irgi, którą poznaje w drodze o gułagu, pochodzi z El Mari. W jej wiosce panują stare wierzenia, bogom przyrody składa się ofiary ze źrebiąt, a Keremeta, boga podziemi, nie można złościć, żeby nie wyszedł ze swojej części lasu. To Elna wprowadza Irgę w tajniki swojej wiary, odprawia rytuały, opowiada o tym, że czerwone goździki zabezpieczają dziecko przed anemią i złą krwią.

Wszystko to nadaje powieści magiczny, niejako baśniowy charakter, a rzeczywistość gułagu, w którym obecne są też narkotyki wszelkiego rodzaju i ludowe maści zapomnienia, przedstawiona jest momentami bardziej jak sen niż prawdziwe życie. I ten oniryzm, ta magia, wydarzenia, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć, bo są zbyt okrutne albo zbyt niesamowite, sprawiają, że Ćma jest trudna do sklasyfikowania i opisania. A jednocześnie tak prosta w odbiorze.

Nigdy nie czytałam sławnej Akuszerki, znanej na świecie, podobno kontrowersyjnej, poprzedniej powieści Katji Kettu. Po Ćmę sięgnęłam, tak jak mi się to często zdarza, ze względu na przepiękną okładkę. I naprawdę głupio mi to pisać, ale tę książkę czyta się niesamowicie przyjemnie. Przedstawiona w niej historia jest straszna, Rosja jest pełna kłamstw, propagandy i niesprawiedliwości, niewinni ludzie cierpią i umierają, ale sposób, w jaki Ćma została napisana, sprawia, że chce się ją czytać.

Czarny wtorek


Oto nadszedł ten dzień. Dzień smutku, bólu i rozpaczy. Dzień, którego tak długo się bałam.

Urodziny.

W tej chwili macie prawo uznać mnie za najdziwniejszą osobę na świecie. Ale nawet największa sterta prezentów (której nie dostanę, nigdy nie dostałam sterty prezentów) nie zrekompensuje mi faktu, że właśnie skończyłam 22 lata.

Wiecie jak to jest. Czekacie do osiemnastki, żeby w końcu móc kupić browa na legalu, a nie biec pół godziny do tego jednego sklepu na drugim końcu miasta, gdzie nie sprawdzają dowodu. Potem możecie czekać na te dwadzieścia jeden, bo to jakiś tam kolejny krok, bo teraz już wpuszczą Was do każdego klubu, no i brzmi to jakoś legitymacyjnie. I możecie zostać posłami. Jeśli to jest Wasze marzenie.

Ale dwadzieścia dwa? To już nie brzmi dobrze. To brzmi... strasznie. Mój młodszy brat (ten najmłodszy z młodszych, bo jest ich aż dwu) krzyczy na mnie, kiedy mówię, że zaraz będę miała dwadzieścia dwa lata, bo on wtedy zaczyna czuć się staro. Mój brat pisze w tym roku maturę. I to sprawia, że ja faktycznie czuję się staro.

Długo zastanawiałam się, czym Was z tej niesamowitej okazji uraczyć. Pierwszym pomysłem były dwadzieścia dwie rzeczy, których nauczyłam się w ciągu tych dwudziestu dwóch lat. Ale wyobraźcie sobie, że dwadzieścia dwie rzeczy to naprawdę dużo, tak? To jedna rzecz na rok. Dajcie żyć... A jeśli nie uwzględnię w nich tego, że nauczyłam się chodzić i mówić... i kroić chleb (nope, dalej nie potrafię ładnie pokroić chleba), to robi się z tego jeszcze trudniejsza sprawa.

O, potrafię też policzyć całkę. Czasem.

Tak więc pomysł padł i na jego miejsce wszedł inny.
Poproszę werble...

Dwadzieścia dwie rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny.

W końcu to moje urodziny, więc mogę je poświęcić na moje prezenty. A jestem przekonana, że wymyślanie rzeczy, które chciałabym dostać, będzie najprostszym zajęciem na świecie.

NIESAMOWITA LISTA CAŁKIEM ZWYCZAJNYCH I NIEZBYT WYMAGAJĄCYCH PREZENTÓW (bo przecież nie jestem zachłanną osobą)

1. Pudełko Merci, w którym będą same kawowe czekoladki
W tych normalnych są dwie. To jakaś kpina.

2. Biblioteka
Taka z całymi ścianami książek i kręconymi schodami, i drabinami, żeby dostać się do tych książek. Jak ta, którą Bella dostała od Bestii, kiedy była zakładnikiem w jego zamku. Najlepiej w pakiecie z kimś, kto będzie tam sprzątał i ścierał kurze. Nienawidzę ścierać kurzy z książek. I nie wiem, gdzie miałabym ją wsadzić. Ale to w sumie nieważne. Chcę i tak.

3. Informatyk, który będzie zarządzał moją stroną
Co prawda, kiedy wchodzę w htmla, czuję się jak największy haker świata, co jest bardzo spoko. Ale jednak przyznaję, że większość rzeczy związanych z internetami, programowaniem i zdjęciami responsywnymi to dla mnie czarna magia.

4. Fontanna czekolady
Zawsze chciałam taką fontannę. Niektórzy mieli takie na przykład na studniówce, ale wyobraźcie sobie, że my w Filomacie nie szarpnęliśmy się na czekoladową fontannę...

5. Buty na obcasie, które nie sprawią, że zacznę płakać po dwóch godzinach
Albo umiejętność chodzenia w butach na obcasie. Chociaż chętnie przyjmę i skilla, i ładne ciżemki.

6. Bilet na Bloodstock
I osoba, która pojedzie ze mną na Bloodstock. Smutno tak jechać na festiwal samemu.

7. Wakacje na Malediwach
I to w miarę szybko, bo Malediwy za niedługo staną się kolejną Atlantydą, a ja chciałabym posiedzieć sobie w takim słodkim domku na balach zanim się tak podzieje.

8. Dożywotni zapas Piegusków. Albo Milki. Albo i Piegusków, i Milki.
To się skończy najprawdopodobniej moją śmiercią i to całkiem szybko, więc to wcale nie musi być taki znowu duży zapas.

9. Opłacony wyjazd do Australii
Uwzględniający wynajem sprzętu do nurkowania, bo chciałabym nurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. Bo wcale nie miałam okazji jak tam byłam (serio, byliśmy w innej części Australii).
I tutaj też - zanim ta Rafa całkiem umrze :(

10. Batmobil
Tak. Żeby nie było spiny o prawa autorskie mogę go przechrzcić na Puszkobil. Albo Puszkomobil. Jeszcze nie zdecydowałam.

11. Tatuaż
Mimo, że cały wszechświat dalej i wciąż jest przeciwko. I moje fundusze najwyraźniej też.

12. Kurs pisania u Brandona Sandersona
Kocham bardzo tego pana i to, jak pisze. A podobno prowadzi zajęcia z pisania na uniwersytecie. W Stanach...

13. Zaproszenie na bal maskowy
Taki prawdziwy. Z długimi sukniami, frakami, koreczkami, ponczem. I maskami. I orkiestrą.

14. Ukończyć szkołę elfologii na Islandii
Serio. Nie żartuję. Jest taka szkoła. I nawet organizują wycieczkę w poszukiwaniu elfów. I słyszałam coś jeszcze o kawie i naleśnikach.

15. Dostać supermoce od wróżki chrzestnej... albo wróżki zębuszki
W sumie wszystko jedno od kogo. Ważne, żeby w pakiecie była teleportacja. Żebym może w końcu przestała się spóźniać. Telekineza też jest całkiem spoko opcją. Albo laser w oczach.

16. O, chciałabym ten taki drewniany zegarek
Z którejś z tych firm, które robią drewniane zegarki.
Bez komentarza. Są cudowne i bardzo taki chcę.

17. Weekend w SPA
Może być też tydzień w SPA. Albo miesiąc w SPA. Po prostu mam straszną ochotę na taki masaż. I maseczki z alg. I cokolwiek się tam jeszcze robi.

18. Lot balonem
W sumie to nie wiem, czemu, bo mam lęk wysokości i pewnie będę płakała. Ale brzmi to całkiem fajnie.

19. Szerokie, pięknie zdobione schody z marmuru w willi
Po których będę mogła schodzić w sukni z długim trenem, wśród oklasków moich gości. Kiedyś już o tym pisałam. Marzenie dalej się nie spełniło, więc czekam.

20. Garderoba wielkości mojego mieszkania
Pełna pięknych ubrań, butów, kapeluszy (w których nie chodzę), szali i torebek. Taka, jakimi chwalą się Kardashianki w programach o garderobach. Czy jakie to tam są programy.

21. Jeszcze jeden kotełek
To nie tak, że mojego już nie kocham, ale kotełków nigdy za wiele. Albo piesek. Ale mały. Boję się dużych psów. O, a może chow chow. One są takie słodkie!

22. Taras. Najlepiej w pakiecie z domem. Ale bardziej chodzi mi o taras. 
Serio, zazdroszczę wszystkim ludziom, którzy mają taras. Albo ogródek przy domu, do którego mogą sobie po prostu wyjść, kiedy mają ochotę i leżeć w słonku na leżaczku, popijać zielone koktajle i czytać książkę. Tak wyobrażam sobie ludzi, którzy mają tarasy. Zawsze z zielonym koktajlem.

No, więc jeśli ktoś bardzo chce dać mi prezent, to proszę wybrać coś z tej listy. Cieszę się, że mogłam pomóc. Pozdrawiam.

PS. Wymyślenie dwudziestu dwóch prezentów wcale nie było takie proste, jak myślałam.

@booksoverhoes