Umarli bogowie (2)


Usiadła z godnością na skraju ogrodowego fotela, zarzuconego miękkimi poduszkami. Wygładziła swoją lnianą sukienkę i przesunęła ozdobną karafkę o kilka milimetrów, tak, żeby na pewno stała w centralnej części okrągłego stolika. Jej mąż zapadł się w poduszkach z westchnieniem, dziękując w duszy za cień, rzucany przez dach otwartego letniego namiotu.
Wprowadzająca ich kobieta (której imienia znów nie potrafiła sobie przypomnieć) skłoniła głowę i odeszła do reszty chichoczących dziewczyn, siedzących po drugiej stronie namiotu wśród farb i palet malarskich.
W końcu ich gospodarz wszedł do ogrodu, rozkładając szeroko ręce, mniej w geście powitania, a raczej, jakby czekał na oklaski.
– Witajcie! Witajcie w moich skromnych progach!
Po czym opadł na sofę i niedbałym ruchem poprawił opadające mu na twarz złote loki.
– Słyszałem, że... zmieniłeś branżę, synu – zagadnął Zeus, nalewając im ambrozję z karafki.
– Takie czasy – młodzieniec westchnął ostentacyjnie. – Prowadzenie burdelu opłaca się bardziej niż galeria sztuki.
– Apollo! – krzyknęła oburzona Hera.
Przewrócił oczami.
– Skończmy z tą pruderią. Burdel, zamtuz, dom rozkoszy, cyrk na kółkach. Nieważne, jak to nazwiesz, wszystko sprowadza się do dawania dupy.
– Ale nie trzeba mówić o tym w tak oczywisty sposób!
Roześmiał się swoim najbardziej czarującym śmiechem i dobrotliwie poklepał ją po dłoni.
– Nic się nie zmieniłaś przez te lata, najdroższa Hero. Chciałoby się wręcz rzec: ukochana matko, gdybyś nie była tylko moją macochą, bo twój bóg małżonek postanowił zabawić się na boku z moją mamuśką. Czy ty, swoją drogą, nie zesłałaś przypadkiem na ziemię tego obrzydliwego Pytona, żeby ją za to ukarać?
– Och, myślałam, że już dawno jesteśmy ponad to – mruknęła, odpalając papierosa w długiej, eleganckiej lufce.
– Tak, tak, oczywiście, przecież wszyscy mamy jakieś nieprzyjemne rodzinne historie – skinął nieznacznie wypielęgnowaną dłonią i Kalliope natychmiast postawiła na ich stoliku kryształową popielniczkę. – W końcu wasz ojciec połknął ciebie i całe twoje rodzeństwo, żebyście przypadkiem nie strącili go z tronu.
Zeus chrząknął znad swojego kieliszka, zanim jego żona zdążyła się odgryźć.
– Czy moglibyśmy choć raz w spokoju wypić ambrozję?
– Jasne, tatku. Euterpe, skarbie moje, podejdź tu i zagraj nam coś ładnego.
Eutrepe podniosła się z sofy i podeszła do nich. Długa zwiewna suknia ocierała się delikatnie o jej zgrabne nogi, gdy poruszała się płynnie, z naturalną gracją. Przyglądanie się muzom chyba nigdy mu się nie znudzi. Były tak piękne, tak kobiece i ulotne równocześnie. Co zrobiłby bez nich? No cóż, nie otworzyłby burdelu, to na pewno.
Przez chwilę w milczeniu przysłuchiwali się dźwiękom liry, które zawsze i nieodmiennie kojarzyły im się z pięknymi starożytnymi czasami, gdy ich życia były... radością. Władzą. I boskością w najczystszej postaci.
– Ja już dłużej nie mogę tak żyć! – krzyknął nagle Apollo, uderzając kieliszkiem o stolik. Hera przewróciła oczami. Czemu znowu zgodziła się do niego przyjść... – Kiedyś ludzie nas kochali, oddawali nam cześć! Uwielbiali moją twórczość! A teraz?! Moje biedne muzy, zamiast zsyłać na śmiertelników natchnienie i kierować ich dłońmi w magicznym procesie tworzenia sztuki, muszą siedzieć tutaj!
Jakby dla potwierdzenia swoich słów, machnął ręką w kierunku Eutrepe, która niewzruszenie kontynuowała grę z lekko przymkniętymi oczami.
– Nie wydaje mi się, żebyście żyli tutaj w złych warunkach – zauważyła Hera, przyglądając się fontannie, która stała w dalszej części ogrodu. Woda wypływała z dłoni misternie rzeźbionego posągu, który mógł przedstawiać tylko Apolla, i spływała na wyciągnięte ręce dziewięciu siedzących wokół niego kobiet, a później do basenu ozdobionego motywami winogron i liści laurowych. Apollo dalej i wciąż był tak niemożliwie... zadufany w sobie. A wiadomo przecież, jak źle się to skończyło w przypadku Narcyza.
– Naprawdę myślisz, że zwracam uwagę na te przyziemne materialne bzdury? To jedynie marna cząstka, wyblakły odblask światłości, którą mieliśmy na Olimpie.
– Olimp jest stracony, Apollo – syknęła Hera. – Nic nie możemy na to poradzić.
– Jak możecie akceptować to z takim spokojem? – Teatralnym gestem przyłożył dłoń do czoła. Czy było w nim w ogóle cokolwiek prawdziwego? – Jak może wam nie brakować igrzysk, organizowanych na naszą cześć? Wystawianych sztuk? Składanych ofiar? Oni już nawet nie wierzą, że naprawdę istniejemy! Czy może być coś bardziej uwłaczającego?!
W ciszy, która zapadła, Hera przyjrzała się posępnej twarzy swojego męża. Nie był już równie potężny, co kiedyś. Żadne z nich nie było. I bała się, że z wieku na wiek ich władza i potęga zanikają coraz bardziej.
– Lepiej powiedz nam, jak spędzasz teraz swój czas, synu? – zaczął łagodnym głosem Zeus, żeby zakończyć ten temat. Nikt nie był już w stanie wysłuchiwać marudzenia Apolla.
– A jak myślisz? – oburzył się chłopak. – Ja też mam całkiem pokaźną... klientelę.
– Nie myślałeś o tym, żeby zostać piosenkarzem? Albo muzykiem? Teraz to im ludzie oddają cześć.
– Słyszałeś kiedyś, czego teraz słuchają ludzie? To nie jest muzyka! To jakaś kpina. Nigdy nie zniżę się do takiego poziomu!
– Ale do poziomu dawania dupy mogłeś się zniżyć? – wtrąciła Hera.
Apollo wciągnął powietrze z mieszaniną oburzenia i niedowierzania.
– Przepraszam – powiedziała z zadowolonym uśmieszkiem, którego nawet nie starała się ukryć. – Myślałam, że mamy nazywać rzeczy po imieniu. 

Umarli bogowie (1)


Rozsiadł się wygodnie w miękkim fotelu, delikatnie pogładził dłonią blat hebanowego stołu. Zdecydowanie nie były to niebiańskie standardy, ale nauczył się już doceniać takie życie i jego drobne luksusy.
Spojrzał na żonę. Siedziała na kanapie w dopasowanym beżowym kostiumie i z idealnie ułożonym kokiem na wysoko uniesionej głowie. Zgrabne nogi założone jedna na drugą. Stopa w skórzanym bucie na wysokim obcasie podrygująca delikatnie w rytm jakiejś melodii, którą słyszała tylko ona. Nie, lata tego marnego życia nie odcisnęły na niej swojego piętna. Dalej była tą samą dumną, wredną suką, co tysiąclecia temu. Gardził nią za to. I kochał równocześnie.
Pukanie do drzwi wyrwało go z zadumy. Oderwał wzrok od żony i przeniósł go na młodą sekretarkę, która weszła do gabinetu. Idealna sylwetka. Uśmiech kształtnych ust. Rozpięty o jeden więcej, niż wypadało, guzik przy koszuli.
– Spotkanie zostało przeniesione na przyszły tydzień, jak pan sobie życzył, panie prezesie – powiedziała.
– Dziękuję, Jen.
Oczywiście mogła mu to przekazać przez intercom. Ale mogła też sprawić mu przyjemność i pozwolić nacieszyć oczy swoim widokiem. I delikatnie odrzucić pukiel blond włosów, który opadł jej na twarz.
– Nawet o tym nie myśl – powiedziała jego żona, gdy tylko zamknęły się drzwi. Nie podniosła oczu znad książki.
Uśmiechnął się. Zazdrosna jak zawsze. I naiwna jak zawsze. Udawało mu się ukrywać swoje drobne zdrady (a przynajmniej zdecydowaną większość) przez całe tysiąclecia, nawet wtedy, gdy jeszcze obejmowała swoim władaniem całą ziemię.
– Nie powinnaś już wychodzić na jakąś jogę? Albo pilates? – zapytał z bezczelnym uśmiechem.
Nic nie powiedziała, jedynie spiorunowała go wzrokiem. Spiorunowała. A to dobry żart.
Z zadowoleniem sięgnął po pilot i włączył wielki telewizor. Tysiąclecia byłyby zdecydowanie nudne bez tych ich drobnyh złośliwości.
Wiadomości. Wiadomości. Telenowela. Wiadomości. Po co niby komuś nieograniczona wiedza i władza nad światem? Teraz wystarczy włączyć telewizor, żeby wiedzieć, co dzieje się w dosłownie każdym zakątku świata. Teraz każdy, kto ma kablówkę albo internet jest bogiem, pomyślał z goryczą. Ale zaraz przypomniał mu się fakt, który zawsze pocieszał go w takich momentach. Ludzie dalej są tylko śmiertelnikami, którzy przez kilkadziesiąt lat próbują osiągnąć coś w swoim marnym życiu, po czym umierają i tracą to wszystko.
Jednak nagle jego uśmiech zgasł. Zatrzymał obraz w telewizorze.
– Jen – powiedział przez intercom. – Poślij po naszego przyjaciela. 
Żona spojrzała na niego spod uniesionych brwi. Zignorował ją. Postukał nerwowo palcami o blat stołu. Czemu zawsze trzeba na niego tyle czekać?
W końcu wszedł do gabinetu. Jak zawsze bez pukania i z tym wyrazem niezadowolenia na twarzy. Przeszedł przez pokój i oparł się o wielkie okno, ukazujące widok na wschodnią część miasta. Okna po drugiej stronie wychodziły na zachód i dzięki temu gabinet stawał się jakąś małą namiastką nieba – wysoko, niemal w chmurach, ale jednak dalej pomiędzy ludźmi.
– Przypomnij mi, po co oni tak drążą tymi machinami dziury w ziemi? – zapytał przybyłego mężczyznę, wskazując ręką zatrzymany obraz na ekranie telewizora.
– Szukają surowców, które napędzałyby inne machiny. Złóż węgla, gazu, ropy.
– Niepokoją mnie ci śmiertelnicy – powiedział smutno. – Z radością oddaliśmy im powierzchnię ziemi – mężczyzna przy oknie chrząknął znacząco, ale on kontynuował. – Oni, w podziękowaniu za naszą nieograniczoną dobroć, odebrali nam niebo. A teraz okazuje się, że to im nie wystarcza. Martwię się, że jeśli będą kopać tak dalej, głębiej i głębiej, to w końcu...
– Nigdy nie dotrą do Tartaru – przerwał mu mężczyzna. – Nie są jeszcze nawet blisko Hadesu, a sam powiedziałeś, że Tartar jest w takiej odległości od Hadesu, jak ziemia od nieba.
– No nie wiem, gdyby przypadkiem wypuścili Tytanów... albo cyklopów...
– Ludzie nigdy nie zrobiliby czegoś tak głupiego – wtrącił mężczyzna z przekonaniem.
– Masz rację – odparł z ironią. – Jak zawsze udało ci się rozwiać moje wątpliwości, Prometeuszu.
– Dla ciebie wszystko, Zeusie – powiedział równie sarkastycznie Prometeusz, po czym ukłonił się Herze, która odpowiedziała mu majestatycznym skinieniem głowy, i ruszył do drzwi.
Hera poczekała, aż wyjdzie, zamknęła książkę i ułożyła ją sobie równo na kolanach.
– Jeżeli wypuszczą Tytanów, nie uda ci się znowu zamknąć ich w Tartarze, mój drogi.
– Twoje słowa jak zawsze dodają mi otuchy, ukochana – odparł Zeus i z westchnieniem wyłączył telewizor.
Ludzie. Rozpanoszyli się po świecie, stworzyli te swoje przeklęte maszyny ryczące w przestworzach, zakłócające spokój Zefira i Boreasza, i te rozrywające biedną ziemię Gaję na strzępy. W końcu sprowadzą koniec na nas wszystkich. A wszystko przez to, że ten przeklęty Prometeusz dał im ogień. 

Góra Olimp, czyli Blog Conference Poznań

Może wiecie, może nie, ale bogowie greccy wcale nie mieli swojej siedziby gdzieś wysoko w niebiosach albo w innym wymiarze, albo na końcu złotego mostu, tylko na ziemi, a dokładniej na górze Olimp. Coś świta? Niestety Olimp był tak niesamowicie wysoki i niedostępny, że żaden śmiertelnik i tak nie mógł się tam dostać.

Nie, wcale nie, Olimp nie jest dużo wyższy od takich Rys na przykład. Ale podobno każdy, kto próbował tam wejść po prostu spadał, więc trochę kapa.

W każdym razie, sens tej metafory (bo to miała być metafora) jest taki, że wszyscy blogerzy i youtuberzy znajdują się niby w tych samych internetach, ale internety, w których na niebiańskich chmurkach i obłoczkach lata sobie taki StayFly albo Opydo, są zdecydowanie bliżej Olimpu niż te, w których znajduję się ja. I większość blogosfery.

I wiecie, w mitologii, kiedy już ci bogowie schodzili z Olimpu pomiędzy marnych śmiertelników, najczęściej przyjmowali postać jakiegoś zwierzęcia. Zeus upatrzył sobie piękną Europę i uwiózł ją na grzbiecie pod postacią byka (to znaczy Zeus był bykiem, Europa dalej była piękna i miała dwie nogi). Zazdrosny Ares w formie dzika zabił Adonisa.

A tu proszę, okazało się, że wszyscy znani blogerzy i youtuberzy, których dotąd widziałam/czytałam tylko na ekranie, wyglądają całkiem jak ludzie. Żadnych rogów, żadnych ogonów, żadnych kopyt. Ani nawet jakiegoś szczególnie nadprogramowego owłosienia twarzy. Mówią też jakoś tak, jak zwykli śmiertelnicy. O i nie wstydzą się przyznać, że przed swoją prelekcją nie zdążyli zrobić kupy. Tak.

Tutaj kończy się moja metafora, bo zwykli śmiertelnicy nie mieli szans dostać się na Olimp. Nawet po śmierci. I nawet jeśli zrobili coś przesuperowego. Chyba, że byli półbogami. I posprzątali stajnię Augiasza. U nas jednak krążą takie legendy, że (podobno) można jeszcze zasłużyć sobie na to, żeby zająć miejsce w panteonie bogów blogosfery.

Co zaś się tyczy samego Blog Conference Poznań, to byłam mile zaskoczona. Oczywiście, do ostatniej sekundy wcale nie chciało mi się tam jechać, bo jestem zbyt leniwa, a pakowanie walizki to ciężka sprawa. Ale jednak miło porozmawiać z ludźmi, którzy mają takie same problemy, co ja. Którzy rozumieją, co to UU, muszą się zastanawiać nad tym, co powiedzą w sieci i jak to wpłynie na odbiór ich bloga i codziennie wrzucać zdjęcie na fanpage. I nie są Pawłem. Z Pawłem rozmawiałam już o tym miliony razy. Niby się przyjaźnimy, ale to w końcu kiedyś zaczyna się nudzić.

Nie ukrywam, że dużo więcej wsparcia i poczucia wspólnoty zaznałam dotychczas na bookstagramie (który mam trzy tygodnie) niż przez dwa lata blogowania (tak, to już prawie dwa lata i gdzie są niby moje kampanie za grube miliony? - na takie właśnie pytania odpowiedziałam sobie podczas BCP <tu tapnij, jeśli jesteś zainteresowany>). A tutaj po raz pierwszy okazało się, że blogerzy to też ludzie i chętnie z Tobą porozmawiają, chętnie podzielą się wiedzą (mimo, że niektóre panele kojarzyły mi się bardziej ze szkoleniem Lou Pre czy innego MLMu niż polskiej blogosfery) i potaniają na parkiecie do hiciorów sprzed dekady.

Przez te dwa dni wykazałam się zdolnościami socjalnymi na tak wysokim poziomie, że aż sama się dziwię. I jestem dumna. Ewidentnie teraz nie odezwę się do nikogo przez tydzień.

A, a cały czas, gdy byliśmy w Poznaniu, czuliśmy się jakoś źle i gorzej. I uświadomiliśmy sobie w końcu, że to najprawdopodobniej dlatego, że mają tam za czyste powietrze. Nasze organizmy po prostu świrowały, bo nie otrzymywały odpowiednio dużej dawki porządnego śląskiego smogu.

Katja Kettu - Ćma


Ćma
Katja Kettu
Recenzja

W 1937 roku piętnastoletnia Irga Malinen zachodzi w ciążę z rosyjskim agitatorem, Wilczym Zębem. Irga jest Finlandką, córką Białego Boga, więc ten niecny czyn okrywa ją hańbą. Ze strachu przed gniewem ojca i lokalnej społeczności postanawia uciec do Rosji, do swojego ukochanego, granicę fińsko-rosyjską pokonując na... nartach.

Okazuje się jednak, że Wilczy Ząb nie jest zachwycony ani dzieckiem, ani faktem, że podczas tortur, którym poddali Irgę jej pobratymcy, przypadkiem odcięli jej język. Dlatego, opuszcza ją i dziewczyna zostaje zabrana na przesłuchanie. Władze oskarżają Irgę o szpiegostwo, a ona nie zna języka ani nie może mówić, żeby się obronić, więc po kolejnych torturach podpisuje wszystkie papiery, które podkładają jej pod nos i zostaje zesłana do gułagu w Workucie, jako więzień polityczny. Najgorszy rodzaj więźnia.

Równocześnie z historią Irgi, prowadzona jest też opowieść w czasach teraźniejszych. Do wsi Ławra na terenie Rosji w 2015 roku przybywa Verna. Decyduje się na to, po kolejnym, jeszcze bardziej rozpaczliwym i pisanym w delirium liście swojego ojca, który wybrał się tam, by odkryć prawdę, dotyczącą ich korzeni. Jego matką była Irga Malinen, o której dokumenty mówią, że zmarła w gułagu w latach pięćdziesiątych. Jednak ojciec Verny twierdzi, że ma niezbite dowody, które potwierdzają, że Irga została zamordowana przez tajemniczego człowieka/stwora zwanego Motyliokiem. Gdy Verna dociera na miejsce, okazuje się, że ojciec nie żyje, a w jego ustach kobieta znajduje motyla.

To historia pełna brutalnej rzeczywistości, pokazująca realia panujące w gułagu, niemożliwe do spełnienia normy dotyczące wydobycia węgla, okrutnych więźniów, którzy walczą między sobą o dominację i dodatkowy kawałek mięsa renifera, skorumpowanych strażników. Historia o życiu kobiety w obozie pracy, gdzie nawet fakt, że jest w ciąży nie powstrzymuje nikogo przed gwałtem czy bestialskim pobiciem. Albo wysłaniem jej na prace do kopalni, gdzie zaczyna rodzić.

Kettu nie boi się umieścić w swojej powieści żadnej sceny, czy to śmierci, czy gwałtu, czy seksu po prostu, czy morderstwa. Pisze bezpośrednio, momentami wulgarnie. Otwarcie mówi o nieludzkich, zwierzęcych zachowaniach człowieka. Ale wszystko to jest otoczone tajemnicą z przeszłości (co naprawdę stało się w workuckim gułagu?) oraz magią i starymi bogami z maryjskich wierzeń (Maryjczycy, Czeremisi, to pogański lud zamieszkujący republikę El Mari w Federacji Rosyjskiej).

Elna, przyjaciółka Irgi, którą poznaje w drodze o gułagu, pochodzi z El Mari. W jej wiosce panują stare wierzenia, bogom przyrody składa się ofiary ze źrebiąt, a Keremeta, boga podziemi, nie można złościć, żeby nie wyszedł ze swojej części lasu. To Elna wprowadza Irgę w tajniki swojej wiary, odprawia rytuały, opowiada o tym, że czerwone goździki zabezpieczają dziecko przed anemią i złą krwią.

Wszystko to nadaje powieści magiczny, niejako baśniowy charakter, a rzeczywistość gułagu, w którym obecne są też narkotyki wszelkiego rodzaju i ludowe maści zapomnienia, przedstawiona jest momentami bardziej jak sen niż prawdziwe życie. I ten oniryzm, ta magia, wydarzenia, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć, bo są zbyt okrutne albo zbyt niesamowite, sprawiają, że Ćma jest trudna do sklasyfikowania i opisania. A jednocześnie tak prosta w odbiorze.

Nigdy nie czytałam sławnej Akuszerki, znanej na świecie, podobno kontrowersyjnej, poprzedniej powieści Katji Kettu. Po Ćmę sięgnęłam, tak jak mi się to często zdarza, ze względu na przepiękną okładkę. I naprawdę głupio mi to pisać, ale tę książkę czyta się niesamowicie przyjemnie. Przedstawiona w niej historia jest straszna, Rosja jest pełna kłamstw, propagandy i niesprawiedliwości, niewinni ludzie cierpią i umierają, ale sposób, w jaki Ćma została napisana, sprawia, że chce się ją czytać.

Czarny wtorek


Oto nadszedł ten dzień. Dzień smutku, bólu i rozpaczy. Dzień, którego tak długo się bałam.

Urodziny.

W tej chwili macie prawo uznać mnie za najdziwniejszą osobę na świecie. Ale nawet największa sterta prezentów (której nie dostanę, nigdy nie dostałam sterty prezentów) nie zrekompensuje mi faktu, że właśnie skończyłam 22 lata.

Wiecie jak to jest. Czekacie do osiemnastki, żeby w końcu móc kupić browa na legalu, a nie biec pół godziny do tego jednego sklepu na drugim końcu miasta, gdzie nie sprawdzają dowodu. Potem możecie czekać na te dwadzieścia jeden, bo to jakiś tam kolejny krok, bo teraz już wpuszczą Was do każdego klubu, no i brzmi to jakoś legitymacyjnie. I możecie zostać posłami. Jeśli to jest Wasze marzenie.

Ale dwadzieścia dwa? To już nie brzmi dobrze. To brzmi... strasznie. Mój młodszy brat (ten najmłodszy z młodszych, bo jest ich aż dwu) krzyczy na mnie, kiedy mówię, że zaraz będę miała dwadzieścia dwa lata, bo on wtedy zaczyna czuć się staro. Mój brat pisze w tym roku maturę. I to sprawia, że ja faktycznie czuję się staro.

Długo zastanawiałam się, czym Was z tej niesamowitej okazji uraczyć. Pierwszym pomysłem były dwadzieścia dwie rzeczy, których nauczyłam się w ciągu tych dwudziestu dwóch lat. Ale wyobraźcie sobie, że dwadzieścia dwie rzeczy to naprawdę dużo, tak? To jedna rzecz na rok. Dajcie żyć... A jeśli nie uwzględnię w nich tego, że nauczyłam się chodzić i mówić... i kroić chleb (nope, dalej nie potrafię ładnie pokroić chleba), to robi się z tego jeszcze trudniejsza sprawa.

O, potrafię też policzyć całkę. Czasem.

Tak więc pomysł padł i na jego miejsce wszedł inny.
Poproszę werble...

Dwadzieścia dwie rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny.

W końcu to moje urodziny, więc mogę je poświęcić na moje prezenty. A jestem przekonana, że wymyślanie rzeczy, które chciałabym dostać, będzie najprostszym zajęciem na świecie.

NIESAMOWITA LISTA CAŁKIEM ZWYCZAJNYCH I NIEZBYT WYMAGAJĄCYCH PREZENTÓW (bo przecież nie jestem zachłanną osobą)

1. Pudełko Merci, w którym będą same kawowe czekoladki
W tych normalnych są dwie. To jakaś kpina.

2. Biblioteka
Taka z całymi ścianami książek i kręconymi schodami, i drabinami, żeby dostać się do tych książek. Jak ta, którą Bella dostała od Bestii, kiedy była zakładnikiem w jego zamku. Najlepiej w pakiecie z kimś, kto będzie tam sprzątał i ścierał kurze. Nienawidzę ścierać kurzy z książek. I nie wiem, gdzie miałabym ją wsadzić. Ale to w sumie nieważne. Chcę i tak.

3. Informatyk, który będzie zarządzał moją stroną
Co prawda, kiedy wchodzę w htmla, czuję się jak największy haker świata, co jest bardzo spoko. Ale jednak przyznaję, że większość rzeczy związanych z internetami, programowaniem i zdjęciami responsywnymi to dla mnie czarna magia.

4. Fontanna czekolady
Zawsze chciałam taką fontannę. Niektórzy mieli takie na przykład na studniówce, ale wyobraźcie sobie, że my w Filomacie nie szarpnęliśmy się na czekoladową fontannę...

5. Buty na obcasie, które nie sprawią, że zacznę płakać po dwóch godzinach
Albo umiejętność chodzenia w butach na obcasie. Chociaż chętnie przyjmę i skilla, i ładne ciżemki.

6. Bilet na Bloodstock
I osoba, która pojedzie ze mną na Bloodstock. Smutno tak jechać na festiwal samemu.

7. Wakacje na Malediwach
I to w miarę szybko, bo Malediwy za niedługo staną się kolejną Atlantydą, a ja chciałabym posiedzieć sobie w takim słodkim domku na balach zanim się tak podzieje.

8. Dożywotni zapas Piegusków. Albo Milki. Albo i Piegusków, i Milki.
To się skończy najprawdopodobniej moją śmiercią i to całkiem szybko, więc to wcale nie musi być taki znowu duży zapas.

9. Opłacony wyjazd do Australii
Uwzględniający wynajem sprzętu do nurkowania, bo chciałabym nurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. Bo wcale nie miałam okazji jak tam byłam (serio, byliśmy w innej części Australii).
I tutaj też - zanim ta Rafa całkiem umrze :(

10. Batmobil
Tak. Żeby nie było spiny o prawa autorskie mogę go przechrzcić na Puszkobil. Albo Puszkomobil. Jeszcze nie zdecydowałam.

11. Tatuaż
Mimo, że cały wszechświat dalej i wciąż jest przeciwko. I moje fundusze najwyraźniej też.

12. Kurs pisania u Brandona Sandersona
Kocham bardzo tego pana i to, jak pisze. A podobno prowadzi zajęcia z pisania na uniwersytecie. W Stanach...

13. Zaproszenie na bal maskowy
Taki prawdziwy. Z długimi sukniami, frakami, koreczkami, ponczem. I maskami. I orkiestrą.

14. Ukończyć szkołę elfologii na Islandii
Serio. Nie żartuję. Jest taka szkoła. I nawet organizują wycieczkę w poszukiwaniu elfów. I słyszałam coś jeszcze o kawie i naleśnikach.

15. Dostać supermoce od wróżki chrzestnej... albo wróżki zębuszki
W sumie wszystko jedno od kogo. Ważne, żeby w pakiecie była teleportacja. Żebym może w końcu przestała się spóźniać. Telekineza też jest całkiem spoko opcją. Albo laser w oczach.

16. O, chciałabym ten taki drewniany zegarek
Z którejś z tych firm, które robią drewniane zegarki.
Bez komentarza. Są cudowne i bardzo taki chcę.

17. Weekend w SPA
Może być też tydzień w SPA. Albo miesiąc w SPA. Po prostu mam straszną ochotę na taki masaż. I maseczki z alg. I cokolwiek się tam jeszcze robi.

18. Lot balonem
W sumie to nie wiem, czemu, bo mam lęk wysokości i pewnie będę płakała. Ale brzmi to całkiem fajnie.

19. Szerokie, pięknie zdobione schody z marmuru w willi
Po których będę mogła schodzić w sukni z długim trenem, wśród oklasków moich gości. Kiedyś już o tym pisałam. Marzenie dalej się nie spełniło, więc czekam.

20. Garderoba wielkości mojego mieszkania
Pełna pięknych ubrań, butów, kapeluszy (w których nie chodzę), szali i torebek. Taka, jakimi chwalą się Kardashianki w programach o garderobach. Czy jakie to tam są programy.

21. Jeszcze jeden kotełek
To nie tak, że mojego już nie kocham, ale kotełków nigdy za wiele. Albo piesek. Ale mały. Boję się dużych psów. O, a może chow chow. One są takie słodkie!

22. Taras. Najlepiej w pakiecie z domem. Ale bardziej chodzi mi o taras. 
Serio, zazdroszczę wszystkim ludziom, którzy mają taras. Albo ogródek przy domu, do którego mogą sobie po prostu wyjść, kiedy mają ochotę i leżeć w słonku na leżaczku, popijać zielone koktajle i czytać książkę. Tak wyobrażam sobie ludzi, którzy mają tarasy. Zawsze z zielonym koktajlem.

No, więc jeśli ktoś bardzo chce dać mi prezent, to proszę wybrać coś z tej listy. Cieszę się, że mogłam pomóc. Pozdrawiam.

PS. Wymyślenie dwudziestu dwóch prezentów wcale nie było takie proste, jak myślałam.

Welcome to your tape

13 powodów Jay Asher
13 powodów serial wyprodukowany przez Netflix
Recenzja

Kaseta 1: Strona A
▶️
Cześć, tu Puszka. Puszka Pandory. Zgadza się. Nie regulujcie swoich odbiorników. To ja, na żywo i w stereo.
❚❚
Tak naprawdę wcale nie w stereo. Ale na potrzeby tego posta spróbujcie sobie wyobrazić, że przed drzwiami do domu znaleźliście przesyłkę opakowaną w brązowy papier, bez żadnego adresu zwrotnego. Spróbujcie sobie wyobrazić, że otworzyliście ją szybko, ciekawi, co też może znajdować się w środku. A w środku było... pudełko na buty. Zaintrygowani podnieśliście przykrywkę, odwinęliście folię bąbelkową i wtedy Waszym oczom ukazało się siedem kaset. Starych kaset magnetofonowych, ponumerowanych po obu stronach liczbami od 1 do 13. Takich, których nie mieliście okazji oglądać odkąd skończyliście jakieś pięć lat. A może nigdy? Pominiemy niesamowitą przygodę, podczas której zdobywacie starego, wysłużonego walkmana, na którym można odsłuchać kasety. Siadacie w końcu w fotelu, zakładacie słuchawki i wciskacie "play".
▶️
Postaram się nie spojlerować za bardzo i wspominać tylko o rzeczach na tyle oczywistych, żeby nie zepsuły nikomu przyjemności z oglądania albo czytania, albo oglądania i czytania. Rzecz pierwsza, bardzo istotna. Serial jest dużo lepszy od książki.

Kaseta 1: Strona B
▶️
Wy wszyscy, którzy nie słyszeliście o 13 powodach (o ile jeszcze istniejecie, dziwni ludzie bez internetów), witam na Waszej kasecie. To tutaj dowiecie się co nieco o fabule. Wróćmy do taśmy pierwszej. Przestawiona tam historia z paczką znalezioną pod drzwiami przydarzyła się Clay'owi Jensenowi, uczniowi amerykańskiego liceum. Okazało się, że kasety nagrała przed śmiercią Hannah Baker, dziewczyna ze szkoły, która parę tygodni wcześniej popełniła samobójstwo. Na taśmach przedstawia trzynaście powodów, które doprowadziły ją do podjęcia decyzji o zakończeniu życia. Jeżeli otrzymałeś tę przesyłkę, to znaczy, że któraś kaseta jest o Tobie. Słowem, jesteś jednym z powodów śmierci Hannah.
"Reguły są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej."
A w wypadku, gdy ktoś je złamie, upubliczniony zostanie drugi zestaw kaset (w posiadaniu tajemniczego strażnika kaset) i wszystkie przestępstwa, tajemnice i mroczne sekrety ujrzą światło dzienne.


Kaseta 2: Strona A
▶️
Z reguły przy ekranizacji niektóre postacie albo wydarzenia zostają pominięte, bo książka jest po prostu zbyt rozbudowana, długa, wielowątkowa. Tutaj jest zupełnie na odwrót. Książka wydaje się być okrojoną wersją serialu. Cała akcja w pierwowzorze zamyka się w jednej nocy, podczas której Clay przesłuchuje wszystkie kasety, trochę płacze i pije shake'a. A potem wysyła je do kolejnej osoby.
Natomiast w serialu każdy odcinek jest poświęcony jednej z taśm, a do tego fabuła jest dużo bardziej rozwinięta. Pokazuje jaki wpływ śmierć Hannah miała na społeczeństwo, szkołę, jej znajomych i jej rodzinę.

Kaseta 2: Strona B
▶️
Historia Hannah i Clay'a w serialu jest taka... ładna. O ile ładna historia może kończyć się samobójstwem. Chodzi mi o to, że w serialu widać to uczucie i więź między nimi. Rozmawiają ze sobą, Hannah przezywa chłopaka żartobliwie "Helmet" ("kask", śmieje się, że jeździ w kasku na rowerze). A Clay naprawdę ją kocha. Zbliżają się do siebie podczas pracy w kinie, rzucają zabawnymi komentarzami na korytarzu w szkole. W książce po prostu mu się podoba i Clay przyznaje, że może kiedyś mógłby ją nawet pokochać, ale w sumie rozmawiał z nią tak naprawdę tylko raz. I w ogóle jej nie zna.

Kaseta 3: Strona A
▶️
Czasami powody, które podaje Hannah, wydają się tak błahe, że aż głupie. I jasne, rozumiem, że to efekt śnieżnej kuli, w którym z pozoru nic nieznaczące wydarzenia napędzają kolejne, bardziej znaczące. Ale dalej i wciąż, przynajmniej jeden był tak naciągany, że nie mam pojęcia po co autor go tu zamieścił. Nie powiem nic więcej, zainteresowanych odsyłam do historii Courtney (w książce). Wydaje mi się, że to dlatego niektóre powody zostały zmodyfikowane na potrzeby serialu (na przykład historia Courtney właśnie). Dzięki temu lepiej przemawiają do odbiorców. Po prostu wydają się być jakieś takie bardziej legitymacyjne.

Kaseta 3: Strona B
▶️
Niektóre fakty są zmienione tak, aby bardziej wpasowywały się w nasze realia i poruszały kontrowersyjne tematy, z którymi mierzą się ludzie w dzisiejszych czasach. Albo przynajmniej jest o nich głośno. Jak homoseksualizm. W książce nie ma ani słowa o preferencjach któregokolwiek z bohaterów, w serialu można natomiast znaleźć co najmniej pięć osób o odmiennej orientacji (tak, policzyłam to) i śledzić, jak akceptują swoją "odmienność" albo jak próbują się jej wyprzeć. 



Kaseta 4: Strona A
▶️
Nie mogę jednak całkowicie zbojkotować książki. Niektóre zachowania głównych bohaterów są w niej dużo lepiej wytłumaczone. Co tak naprawdę sprawiło, że Clay nigdy nie powiedział Hannah, co do niej czuje? Był nieśmiały? A może chodziło o coś więcej? Dlaczego Hannah czasem reagowała w taki a nie inny sposób? Dlaczego czasem nie reagowała w ogóle, kiedy powinna była?

Kaseta 4: Strona B
▶️
Serial jest momentami wręcz przedramatyzowany i ciężko się go ogląda. Ale nie oszukujmy się, większość dzisiejszych produkcji, skierowanych do szerokiego grona odbiorców, tak wygląda. Nie zmienia to jednak faktu, że w przystępny i ciekawy sposób porusza naprawdę poważny problem. Który z roku na rok robi się coraz większy. Ludzie buntują się, że jest bardzo brutalny, dużo bardziej niż książka. Ale wiecie co? Po pierwsze, widziałam wiele bardziej okrutnych scen w innych produkcjach, więc bez przesady. Po drugie, to dobrze. Historia Hannah opowiada o strasznych rzeczach, które naprawdę przydarzają się ludziom (i to całkiem często, nawet jeśli się o tym nie mówi), dlatego przedstawienie ich w straszny sposób jest jak najbardziej na miejscu.

Kaseta 5: Strona A
▶️
Hannah nie jest takim znowu aniołkiem bez skazy, a cały zły świat wcale nie uwziął się na nią i tylko na nią. Sama ma sobie parę rzeczy do zarzucenia (i to wcale nie byle jakich) a to sprawia, że jej historia i postać stają się bardziej realistyczne. Serial pokazuje też innych ludzi, których życie nie jest usłane różami, a jednak nie decydują się na samobójstwo.

Kaseta 5: Strona B
▶️
Książka wspomina o rodzicach Hannah raz, informując nas, że wyjechali. W serialu ich cierpienie i walka o pamięć córki, i próby odkrycia, dlaczego do tego doszło są jednym z głównych i najbardziej emocjonujących wątków. Łezki kręciły mi się w oczach przy każdej scenie, w której pojawiali się państwo Baker, przerażeni, zdezorientowani, niedowierzający. Walczący z resztą świata.
Swoją drogą, uważam, że to nie fair ze strony Hannah, że zostawia taśmy każdemu po kolei, ale rodzicom nie mogła nawet napisać jakiegoś listu. I muszą się szamotać, żeby zrozumieć, żeby poznać prawdę. Przynajmniej w serialu, w książce nie ma o tym ani słowa.


Kaseta 6: Strona A
▶️
Serial pokazuje, jak ludzie walczą ze świadomością, że przyczynili się do samobójstwa albo że niczego nie zauważyli. Jak muszą teraz żyć z tym i innymi swoimi grzeszkami i jak udają, że wcale nie mają poczucia winy, ale jednak mierzą się z nim codziennie.
Książka pokazuje... Jak Clay płacze podczas słuchania kaset. I nic poza tym. Wszyscy "odpowiedzialni" za samobójstwo Hannah są wspomnieni jedynie na taśmach, żadne z nich nie pojawia się fizycznie na stronach książki. I tutaj też serial wygrywa.

Kaseta 6: Strona B
▶️
Między książką a serialem jest też parę innych nieznacznych różnic, które nie wpływają na historię, ale o których warto wspomnieć. Na przykład sposób, w który Hannah odbiera sobie życie. Nie mam pojęcia, czemu został zmieniony na potrzeby serialu. Może, żeby wyglądało to bardziej obrazowo? Albo fakt, że w książce występuje bohaterka Jenny, natomiast w ekranizacji nie znajdziecie żadnej Jenny. Zamiast tego poznacie Sheri. Tak, to ta sama osoba. Aha, rower jest w serialu niejako atrybutem Clay'a. A w książce to Hannah jeździ do szkoły na niebieskim rowerze.

Kaseta 7: Strona A
▶️
Może to prawda, że pierwowzór lepiej przedstawia tło psychologiczne bohaterów (a przynajmniej to, co dzieje się w głowie Hannah przed śmiercią), ale nie zgadzam się ze zdaniem niektórych, że lepiej oddaje emocje bohaterów. Albo że bardziej wpływa na emocje odbiorców. Są książki, które sprawiają, że chce Ci się płakać. Albo wprawiają w złość. Albo wręcz zmuszają, żebyś nienawidził pewnych bohaterów, a uwielbiał innych. Ale ta taka nie była. Natomiast serial był jak najbardziej.

Kaseta 7: Strona B
▶️
W serialu Hannah nagrywa trzynaście taśm, pozostawiając czternastą pustą. A w książce? Cóż, w książce na stronie B siódmej kasety po raz ostatni można jeszcze usłyszeć jej głos. Tam tam tam tam.

Beatrice Colin - Zdobyć to, co tak ulotne




Zdobyć to, co tak ulotne Beatrice Colin
Recenzja 
~*~
Próba ognia 
Marzec

W tej powieści jest wszystko, co kojarzy się z miłością, romansem i wprowadza w romantyczny nastrój płatków róż, czerwonego wina i miłosnych wyznań, szeptanych na uszko w przytłumionym świetle świec. Paryż. Wieża Eiffela. Piękne suknie. Wieczorki malarskie. Bogate powozy. Wystawne kolacje w elitarnych dworkach starych rodów. Sekwana... Niestety romansu nie ma tu prawie wcale. Jest za to szczegółowy opis nitów, spinających żelazne belki, które tworzą konstrukcję wieży Eiffela. A nawet więcej niż jeden taki opis.


Ona - Caitriona Wallace, wdowa bez pieniędzy, która utrzymuje się, towarzysząc bogatemu rodzeństwu Arrolów w podróży po Europie. Jest szaperon, przyzwoitką, opiekującą się dziewiętnastoletnią, głupiutką Alice Arrol oraz czuwającą nad jej trochę starszym bratem, Jamiem Arrolem.


On - Emil Nouguier, francuski inżynier koło czterdziestki, kawaler, jeden z pomysłodawców i projektantów Wieży Eiffela (postać historyczna, jest o nim całe jedno zdanie na Wikipedii).


Łączy ich dziwna miłość, niby od pierwszego wejrzenia, na którą składa się parę spojrzeń, parę oficjalnych liścików z zaproszeniem na herbatkę i brak chociażby jednej prawdziwej, konkretnej rozmowy. Godny wspomnienia jest fakt, że Jamie próbuje zeswatać Emila ze swoją głupią siostrą, która przyjechała do Paryża tylko po to, żeby wyhaczyć sobie jakiegoś dzianego faceta. A Caitriona znajduje się niżej w hierarchii społecznej (bo jej mąż umarł i straciła wszystkie pieniądze, wcześniej była całkiem dobrze ustawiona) i dlatego jej związek z Emilem byłby kulturowym faux pas i mezaliansem. Nie do końca to rozumiem. To nie tak, że Emil jest jakimś hrabią. 


Wszystko w tej historii jest... brzydkie. Nie potrafię znaleźć innego słowa. Nie jest to powieść, którą biedna, samotna dziewczyna przeczyta z wypiekami na twarzy, chłonąc całą sobą każdą romantyczną scenę, a potem przez tydzień będzie marzyła, żeby doznać takiej samej miłości. Żadna z nas nie będzie chciała takiej miłości. I nie chodzi tu o to, że jest to uczucie z założenia skazane na klęskę (z powodu tej różnicy stanu społecznego). Ta historia po prostu nie jest romantyczna. Jest smutna. Jest irytująca. I brzydka. 


Denerwuje mnie tutaj wszystko. Emil, który zachowuje się jak dzieciak i nie potrafi postawić matce (przypominam, że facet ma czterdzieści lat) i cały czas rozpacza, jaki niesprawiedliwy los go spotyka, bo przecież jest tylko inteligentny, bogaty, ma rodzinny biznes, który ustawi go do końca życia, i zwiedził pół świata. Denerwuje mnie Caitriona i jej niezdecydowanie, i jej zachowanie głupiej nastolatki - raz się do niego uśmiechnę, a potem będę udawała obrażoną, a potem dam się pocałować, a potem już nigdy więcej się nie odezwę. Wygląda to tak, jakby autorka na siłę potrzebowała zwrotu akcji, więc (żeby cokolwiek urozmaicić) zarządziła, że od teraz główna bohaterka nie będzie rozmawiała z głównym bohaterem. Bo tak.


Denerwuje mnie głupi Jamie, który lubi dziwki i koks... Dobra, dziwki i alkohol. I niszczy zupełnie wszystko, za co się zabierze. Denerwuje mnie jego jeszcze głupsza siostra, której jedynym zadaniem w tej powieści jest odgrywanie roli idiotki. I znalezienie męża. Serio, ta dwójka wykazuje się tak tępym zachowaniem, że odbiera książce jakikolwiek urok. Urok to zbyt mocne słowo, ta powieść nie ma uroku.


A Paryż, swoją drogą, wcale nie jest romantyczny i piękny. Autorka niszczy jakikolwiek powab tego miasta opisami modernizacji i wysiedleń mieszkańców, i polityczno-socjalnymi faktami historycznymi.


W oryginalnej XIX-wiecznej literaturze więcej było namiętności, uniesień i łamania konwenansów niż tutaj. A czasy były wtedy przecież takie... surowe. Jednak Austen i Brontë potrafiły pisać o ładnej, romantycznej miłości, pełnej pasji i walki z przeciwnościami, i całej tej ciekawej otoczki. I kontrowersji. Colin chyba myślała, że dodanie postaci dziwki i sceny seksu (nie, nie ma sceny seksu) doda powieści jakiegoś smaczku. Nie dodało.


Zaklasyfikowałam tę powieść jako romans, bo teoretycznie głównym wątkiem jest miłość Emila i Cait. Ale to tylko umowny wybór. Równie dobrze może to być powieść historyczna, ukazująca społeczeństwo XIX-wiecznego Paryża i Szkocji oraz początkowe niezadowolenie mieszkańców z powodu budowy wieży Eiffela. I różnice w życiu i postrzeganiu ludzi z różnych klas społecznych. Albo naukowa książka o inżynierii i budownictwie. Wydaje mi się, że autorka sama nie potrafiła się zdecydować. Niestety, w żadnym z tych wypadków się jej nie udało. Wiem, co mówię. Widziałam już na studiach dużo książek o inżynierii.


Jedyną ładną rzeczą w tej książce jest okładka. Dobrze prezentuje się na półce. Całe szczęście. 



~*~*~*~*~*~*~*~*~
Próba ognia
Marzec
Romans

Uświadomiłam sobie, że jestem już na tyle duża, że pora poszerzyć horyzonty i sięgnąć książki, które wcześniej omijałam wzrokiem. Chyba, że miały ładne okładki. Uwielbiam ładne okładki. W każdym razie, każdy miesiąc w 2017 upłynie mi (i dzięki temu Wam też) w towarzystwie przynajmniej jednej książki innej niż fantasy (jeden miesiąc - jeden gatunek). Będzie to moja własna Próba ognia. Wiem, że nie jest to tytuł do końca adekwatny, ale bardzo mi się podoba, więc zostanie.

Więcej recenzji w ramach Próby ognia będzie ukazywało się tutaj

Śmierć Marzannom



Nadszedł czas na wiosenny tekst o wiośnie, bo wiosna. I mimo, że zima jeszcze całkiem nie odeszła i czasem dalej szaleje, i próbuje zniszczyć wichrami i nieprzyzwoitymi temperaturami to ludzkie mrowie, które obsiadło Ziemię, to jednak już była wiosna. Przynajmniej przez chwilę. A dzisiaj nawet kalendarz tak mówi. A skoro mówi tak kalendarz, to natura nie ma wyjścia i musi się z tym w końcu pogodzić. Wiadomo przecież, że natura nie ma nic do gadania, jeśli człowiek coś sobie postanowi. Chyba, że mówimy o elfach na Islandii. One tam mają prawo do wetowania ustaw. Serio.

Tak jak wcześniej zima-zła powoli wkradała się w nasze życia, wieczorem roztaczając ulotną woń pierwszych mrozów, a rankiem pozostawiając szron na trawie, tak teraz wiosna już od jakiegoś czasu próbuje dojść do głosu. A ja nie byłabym sobą, gdybym nie wypatrywała każdego najdrobniejszego szczegółu, który pozwoli mi powiedzieć, że to już ten czas. Choćby tego, że niebo jest jakieś takie bardziej bezchmurne i błękitne. I znowu widać samoloty. Albo tego, że zakwitły przebiśniegi (i nie, wcale nie mówię o petach pod moim balkonem, których nie ukrywa już ani śnieg, ani rozkopane fundamenty mojego bloku). Albo tego, że musiałam ratować mojego kota przez niechybną śmiercią, której doświadczyłby, gdyby spróbował upolować pierwszą w tym roku pszczołę, która wleciała przez okno. Mój kot nie jest dobrym myśliwym.

I w końcu nadszedł ten piękny dzień, kiedy oficjalnie mogę zacząć się cieszyć z ciepełka i słonka, bo dzielne przedszkolaki w całej Polsce odprawiły dzisiaj rytuał (który jest jak najbardziej niebestialski i nieokrutny, i odpowiedni dla dzieci) topienia Marzanny, by raz na zawsze uwolnić nas wszystkich od nieurodzaju, klęsk żywiołowych i kolejnej epoki lodowcowej. Marzanna, swoją drogą, jest słowiańską boginią zimy i śmierci. A ludzie nigdy mi nie wierzą, kiedy mówię, że zima to tylko smutek, mróz, depresja i śmierć...

Tak więc, całkowicie bezpieczna, dzięki odwadze pięcioletnich rycerzy, walczących o wyzwolenie, wyruszyłam na poszukiwania wiosny. Rozglądałam się wszędzie za jej wiankiem, plecionym z polnych, świeżych kwiatów. Za dostrzegalnym tylko kątem oka delikatnym materiałem zwiewnej sukni z porannej rosy. Za zostawionym w wilgotnej ziemi śladem bosej stopy. Za puklem jasnych włosów, uniesionym lekkim podmuchem ciepłego wiatru. I co się okazało?

Że wiosna jest chłopcem.

Co? Ale jak to?

A no tak, że topimy tę Marzannę, żeby (dosyć ironicznie) uśmiercić śmierć i zrobić miejsce dla Jaryły, który dla odmiany jest bogiem płodności i wiosny, i gdzie jego stopa postanie, tam kłosy wyrastają w obfitości, a gdy do drzwi zapuka, to niechybnie dziecko w rodzinie się pojawi. Tak więc, jeśli dostrzeżecie jakąś pannę w ciąży, to pewnie będzie jego sprawka.

Mimo tej, poniekąd przykrej, niespodzianki, mogę dalej i wciąż uroczyście oświadczyć, że to już wiosna. Nawet jeśli jeszcze jest trochę nieśmiała/y i niepewna/y, to za niedługo na pewno rozkwitnie w całej obfitości kwiatów, robaków (jestem je w stanie znieść tylko dlatego, że nie mam już dosyć zimy), i dłuższych dni, i cieplejszego słonka. Tylko musimy jej/jemu troszkę pomóc.

Galeria Bronowice ma taką reklamę na bilbordach (tak, na to zwróciłam największą uwagę podczas mojego ostatniego pobytu w Krakowie), że jedna sukienka wiosny nie czyni. Jaka płynie z tego mądrość? Że, żeby wiosna w końcu nadeszła, trzeba kupić więcej niż jedną kiecę. Mam silne poczucie obowiązku, dlatego z tej okazji wybieram się na zakupy. A Wy jak przyczyniacie się do wiosny?

A może, jeśli powiem i powtórzę to wystarczająco dużo razy, wiosna przyjdzie i rozgości się na dobre? Tak więc wiosna. Przyszła wiosna. Zbliża się wiosna. To już wiosna. Wiosenne kwiaty i zapach wiosny, i przebiśniegi, i wiosna. I mokra ziemia, której już nic nie tłamsi ani nie trzyma w ryzach i znów może zacząć się zielenić świeżą trawą i barwić krokusami. I wiosna.

Kocham wiosnę. I to wcale nie dlatego, że w maju mam urodziny. Nie, zupełnie nie o to chodzi.

Ale, żeby nie było tak do końca cudownie i miło na serduszku, muszę zwrócić uwagę na jeden bardzo smutny fakt. Sebastian powiedział mi, kiedy wygrzewaliśmy buzie w pierwszych promieniach wiosennego słońca, że, skoro nadchodzi wiosna, nie będziemy już mogli mieć depresji ani narzekać na cały świat, ani rozpaczać. Głupoty opowiada ten Sebastian. Zaraz zrobi się ciepło i znów będzie można nosić krótkie koszulki odsłaniające brzuszek i krótkie spodenki odsłaniające tyłek. I znów będę mogła płakać i rozpaczać, że nie udało mi się osiągnąć idealnej wagi ładnych pań z internetów i wcale nie wyglądam tak dobrze, jakbym chciała.

@booksoverhoes