Czarny wtorek


Oto nadszedł ten dzień. Dzień smutku, bólu i rozpaczy. Dzień, którego tak długo się bałam.

Urodziny.

W tej chwili macie prawo uznać mnie za najdziwniejszą osobę na świecie. Ale nawet największa sterta prezentów (której nie dostanę, nigdy nie dostałam sterty prezentów) nie zrekompensuje mi faktu, że właśnie skończyłam 22 lata.

Wiecie jak to jest. Czekacie do osiemnastki, żeby w końcu móc kupić browa na legalu, a nie biec pół godziny do tego jednego sklepu na drugim końcu miasta, gdzie nie sprawdzają dowodu. Potem możecie czekać na te dwadzieścia jeden, bo to jakiś tam kolejny krok, bo teraz już wpuszczą Was do każdego klubu, no i brzmi to jakoś legitymacyjnie. I możecie zostać posłami. Jeśli to jest Wasze marzenie.

Ale dwadzieścia dwa? To już nie brzmi dobrze. To brzmi... strasznie. Mój młodszy brat (ten najmłodszy z młodszych, bo jest ich aż dwu) krzyczy na mnie, kiedy mówię, że zaraz będę miała dwadzieścia dwa lata, bo on wtedy zaczyna czuć się staro. Mój brat pisze w tym roku maturę. I to sprawia, że ja faktycznie czuję się staro.

Długo zastanawiałam się, czym Was z tej niesamowitej okazji uraczyć. Pierwszym pomysłem były dwadzieścia dwie rzeczy, których nauczyłam się w ciągu tych dwudziestu dwóch lat. Ale wyobraźcie sobie, że dwadzieścia dwie rzeczy to naprawdę dużo, tak? To jedna rzecz na rok. Dajcie żyć... A jeśli nie uwzględnię w nich tego, że nauczyłam się chodzić i mówić... i kroić chleb (nope, dalej nie potrafię ładnie pokroić chleba), to robi się z tego jeszcze trudniejsza sprawa.

O, potrafię też policzyć całkę. Czasem.

Tak więc pomysł padł i na jego miejsce wszedł inny.
Poproszę werble...

Dwadzieścia dwie rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny.

W końcu to moje urodziny, więc mogę je poświęcić na moje prezenty. A jestem przekonana, że wymyślanie rzeczy, które chciałabym dostać, będzie najprostszym zajęciem na świecie.

NIESAMOWITA LISTA CAŁKIEM ZWYCZAJNYCH I NIEZBYT WYMAGAJĄCYCH PREZENTÓW (bo przecież nie jestem zachłanną osobą)

1. Pudełko Merci, w którym będą same kawowe czekoladki
W tych normalnych są dwie. To jakaś kpina.

2. Biblioteka
Taka z całymi ścianami książek i kręconymi schodami, i drabinami, żeby dostać się do tych książek. Jak ta, którą Bella dostała od Bestii, kiedy była zakładnikiem w jego zamku. Najlepiej w pakiecie z kimś, kto będzie tam sprzątał i ścierał kurze. Nienawidzę ścierać kurzy z książek. I nie wiem, gdzie miałabym ją wsadzić. Ale to w sumie nieważne. Chcę i tak.

3. Informatyk, który będzie zarządzał moją stroną
Co prawda, kiedy wchodzę w htmla, czuję się jak największy haker świata, co jest bardzo spoko. Ale jednak przyznaję, że większość rzeczy związanych z internetami, programowaniem i zdjęciami responsywnymi to dla mnie czarna magia.

4. Fontanna czekolady
Zawsze chciałam taką fontannę. Niektórzy mieli takie na przykład na studniówce, ale wyobraźcie sobie, że my w Filomacie nie szarpnęliśmy się na czekoladową fontannę...

5. Buty na obcasie, które nie sprawią, że zacznę płakać po dwóch godzinach
Albo umiejętność chodzenia w butach na obcasie. Chociaż chętnie przyjmę i skilla, i ładne ciżemki.

6. Bilet na Bloodstock
I osoba, która pojedzie ze mną na Bloodstock. Smutno tak jechać na festiwal samemu.

7. Wakacje na Malediwach
I to w miarę szybko, bo Malediwy za niedługo staną się kolejną Atlantydą, a ja chciałabym posiedzieć sobie w takim słodkim domku na balach zanim się tak podzieje.

8. Dożywotni zapas Piegusków. Albo Milki. Albo i Piegusków, i Milki.
To się skończy najprawdopodobniej moją śmiercią i to całkiem szybko, więc to wcale nie musi być taki znowu duży zapas.

9. Opłacony wyjazd do Australii
Uwzględniający wynajem sprzętu do nurkowania, bo chciałabym nurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. Bo wcale nie miałam okazji jak tam byłam (serio, byliśmy w innej części Australii).
I tutaj też - zanim ta Rafa całkiem umrze :(

10. Batmobil
Tak. Żeby nie było spiny o prawa autorskie mogę go przechrzcić na Puszkobil. Albo Puszkomobil. Jeszcze nie zdecydowałam.

11. Tatuaż
Mimo, że cały wszechświat dalej i wciąż jest przeciwko. I moje fundusze najwyraźniej też.

12. Kurs pisania u Brandona Sandersona
Kocham bardzo tego pana i to, jak pisze. A podobno prowadzi zajęcia z pisania na uniwersytecie. W Stanach...

13. Zaproszenie na bal maskowy
Taki prawdziwy. Z długimi sukniami, frakami, koreczkami, ponczem. I maskami. I orkiestrą.

14. Ukończyć szkołę elfologii na Islandii
Serio. Nie żartuję. Jest taka szkoła. I nawet organizują wycieczkę w poszukiwaniu elfów. I słyszałam coś jeszcze o kawie i naleśnikach.

15. Dostać supermoce od wróżki chrzestnej... albo wróżki zębuszki
W sumie wszystko jedno od kogo. Ważne, żeby w pakiecie była teleportacja. Żebym może w końcu przestała się spóźniać. Telekineza też jest całkiem spoko opcją. Albo laser w oczach.

16. O, chciałabym ten taki drewniany zegarek
Z którejś z tych firm, które robią drewniane zegarki.
Bez komentarza. Są cudowne i bardzo taki chcę.

17. Weekend w SPA
Może być też tydzień w SPA. Albo miesiąc w SPA. Po prostu mam straszną ochotę na taki masaż. I maseczki z alg. I cokolwiek się tam jeszcze robi.

18. Lot balonem
W sumie to nie wiem, czemu, bo mam lęk wysokości i pewnie będę płakała. Ale brzmi to całkiem fajnie.

19. Szerokie, pięknie zdobione schody z marmuru w willi
Po których będę mogła schodzić w sukni z długim trenem, wśród oklasków moich gości. Kiedyś już o tym pisałam. Marzenie dalej się nie spełniło, więc czekam.

20. Garderoba wielkości mojego mieszkania
Pełna pięknych ubrań, butów, kapeluszy (w których nie chodzę), szali i torebek. Taka, jakimi chwalą się Kardashianki w programach o garderobach. Czy jakie to tam są programy.

21. Jeszcze jeden kotełek
To nie tak, że mojego już nie kocham, ale kotełków nigdy za wiele. Albo piesek. Ale mały. Boję się dużych psów. O, a może chow chow. One są takie słodkie!

22. Taras. Najlepiej w pakiecie z domem. Ale bardziej chodzi mi o taras. 
Serio, zazdroszczę wszystkim ludziom, którzy mają taras. Albo ogródek przy domu, do którego mogą sobie po prostu wyjść, kiedy mają ochotę i leżeć w słonku na leżaczku, popijać zielone koktajle i czytać książkę. Tak wyobrażam sobie ludzi, którzy mają tarasy. Zawsze z zielonym koktajlem.

No, więc jeśli ktoś bardzo chce dać mi prezent, to proszę wybrać coś z tej listy. Cieszę się, że mogłam pomóc. Pozdrawiam.

PS. Wymyślenie dwudziestu dwóch prezentów wcale nie było takie proste, jak myślałam.

Welcome to your tape

13 powodów Jay Asher
13 powodów serial wyprodukowany przez Netflix
Recenzja

Kaseta 1: Strona A
▶️
Cześć, tu Puszka. Puszka Pandory. Zgadza się. Nie regulujcie swoich odbiorników. To ja, na żywo i w stereo.
❚❚
Tak naprawdę wcale nie w stereo. Ale na potrzeby tego posta spróbujcie sobie wyobrazić, że przed drzwiami do domu znaleźliście przesyłkę opakowaną w brązowy papier, bez żadnego adresu zwrotnego. Spróbujcie sobie wyobrazić, że otworzyliście ją szybko, ciekawi, co też może znajdować się w środku. A w środku było... pudełko na buty. Zaintrygowani podnieśliście przykrywkę, odwinęliście folię bąbelkową i wtedy Waszym oczom ukazało się siedem kaset. Starych kaset magnetofonowych, ponumerowanych po obu stronach liczbami od 1 do 13. Takich, których nie mieliście okazji oglądać odkąd skończyliście jakieś pięć lat. A może nigdy? Pominiemy niesamowitą przygodę, podczas której zdobywacie starego, wysłużonego walkmana, na którym można odsłuchać kasety. Siadacie w końcu w fotelu, zakładacie słuchawki i wciskacie "play".
▶️
Postaram się nie spojlerować za bardzo i wspominać tylko o rzeczach na tyle oczywistych, żeby nie zepsuły nikomu przyjemności z oglądania albo czytania, albo oglądania i czytania. Rzecz pierwsza, bardzo istotna. Serial jest dużo lepszy od książki.

Kaseta 1: Strona B
▶️
Wy wszyscy, którzy nie słyszeliście o 13 powodach (o ile jeszcze istniejecie, dziwni ludzie bez internetów), witam na Waszej kasecie. To tutaj dowiecie się co nieco o fabule. Wróćmy do taśmy pierwszej. Przestawiona tam historia z paczką znalezioną pod drzwiami przydarzyła się Clay'owi Jensenowi, uczniowi amerykańskiego liceum. Okazało się, że kasety nagrała przed śmiercią Hannah Baker, dziewczyna ze szkoły, która parę tygodni wcześniej popełniła samobójstwo. Na taśmach przedstawia trzynaście powodów, które doprowadziły ją do podjęcia decyzji o zakończeniu życia. Jeżeli otrzymałeś tę przesyłkę, to znaczy, że któraś kaseta jest o Tobie. Słowem, jesteś jednym z powodów śmierci Hannah.
"Reguły są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej."
A w wypadku, gdy ktoś je złamie, upubliczniony zostanie drugi zestaw kaset (w posiadaniu tajemniczego strażnika kaset) i wszystkie przestępstwa, tajemnice i mroczne sekrety ujrzą światło dzienne.


Kaseta 2: Strona A
▶️
Z reguły przy ekranizacji niektóre postacie albo wydarzenia zostają pominięte, bo książka jest po prostu zbyt rozbudowana, długa, wielowątkowa. Tutaj jest zupełnie na odwrót. Książka wydaje się być okrojoną wersją serialu. Cała akcja w pierwowzorze zamyka się w jednej nocy, podczas której Clay przesłuchuje wszystkie kasety, trochę płacze i pije shake'a. A potem wysyła je do kolejnej osoby.
Natomiast w serialu każdy odcinek jest poświęcony jednej z taśm, a do tego fabuła jest dużo bardziej rozwinięta. Pokazuje jaki wpływ śmierć Hannah miała na społeczeństwo, szkołę, jej znajomych i jej rodzinę.

Kaseta 2: Strona B
▶️
Historia Hannah i Clay'a w serialu jest taka... ładna. O ile ładna historia może kończyć się samobójstwem. Chodzi mi o to, że w serialu widać to uczucie i więź między nimi. Rozmawiają ze sobą, Hannah przezywa chłopaka żartobliwie "Helmet" ("kask", śmieje się, że jeździ w kasku na rowerze). A Clay naprawdę ją kocha. Zbliżają się do siebie podczas pracy w kinie, rzucają zabawnymi komentarzami na korytarzu w szkole. W książce po prostu mu się podoba i Clay przyznaje, że może kiedyś mógłby ją nawet pokochać, ale w sumie rozmawiał z nią tak naprawdę tylko raz. I w ogóle jej nie zna.

Kaseta 3: Strona A
▶️
Czasami powody, które podaje Hannah, wydają się tak błahe, że aż głupie. I jasne, rozumiem, że to efekt śnieżnej kuli, w którym z pozoru nic nieznaczące wydarzenia napędzają kolejne, bardziej znaczące. Ale dalej i wciąż, przynajmniej jeden był tak naciągany, że nie mam pojęcia po co autor go tu zamieścił. Nie powiem nic więcej, zainteresowanych odsyłam do historii Courtney (w książce). Wydaje mi się, że to dlatego niektóre powody zostały zmodyfikowane na potrzeby serialu (na przykład historia Courtney właśnie). Dzięki temu lepiej przemawiają do odbiorców. Po prostu wydają się być jakieś takie bardziej legitymacyjne.

Kaseta 3: Strona B
▶️
Niektóre fakty są zmienione tak, aby bardziej wpasowywały się w nasze realia i poruszały kontrowersyjne tematy, z którymi mierzą się ludzie w dzisiejszych czasach. Albo przynajmniej jest o nich głośno. Jak homoseksualizm. W książce nie ma ani słowa o preferencjach któregokolwiek z bohaterów, w serialu można natomiast znaleźć co najmniej pięć osób o odmiennej orientacji (tak, policzyłam to) i śledzić, jak akceptują swoją "odmienność" albo jak próbują się jej wyprzeć. 



Kaseta 4: Strona A
▶️
Nie mogę jednak całkowicie zbojkotować książki. Niektóre zachowania głównych bohaterów są w niej dużo lepiej wytłumaczone. Co tak naprawdę sprawiło, że Clay nigdy nie powiedział Hannah, co do niej czuje? Był nieśmiały? A może chodziło o coś więcej? Dlaczego Hannah czasem reagowała w taki a nie inny sposób? Dlaczego czasem nie reagowała w ogóle, kiedy powinna była?

Kaseta 4: Strona B
▶️
Serial jest momentami wręcz przedramatyzowany i ciężko się go ogląda. Ale nie oszukujmy się, większość dzisiejszych produkcji, skierowanych do szerokiego grona odbiorców, tak wygląda. Nie zmienia to jednak faktu, że w przystępny i ciekawy sposób porusza naprawdę poważny problem. Który z roku na rok robi się coraz większy. Ludzie buntują się, że jest bardzo brutalny, dużo bardziej niż książka. Ale wiecie co? Po pierwsze, widziałam wiele bardziej okrutnych scen w innych produkcjach, więc bez przesady. Po drugie, to dobrze. Historia Hannah opowiada o strasznych rzeczach, które naprawdę przydarzają się ludziom (i to całkiem często, nawet jeśli się o tym nie mówi), dlatego przedstawienie ich w straszny sposób jest jak najbardziej na miejscu.

Kaseta 5: Strona A
▶️
Hannah nie jest takim znowu aniołkiem bez skazy, a cały zły świat wcale nie uwziął się na nią i tylko na nią. Sama ma sobie parę rzeczy do zarzucenia (i to wcale nie byle jakich) a to sprawia, że jej historia i postać stają się bardziej realistyczne. Serial pokazuje też innych ludzi, których życie nie jest usłane różami, a jednak nie decydują się na samobójstwo.

Kaseta 5: Strona B
▶️
Książka wspomina o rodzicach Hannah raz, informując nas, że wyjechali. W serialu ich cierpienie i walka o pamięć córki, i próby odkrycia, dlaczego do tego doszło są jednym z głównych i najbardziej emocjonujących wątków. Łezki kręciły mi się w oczach przy każdej scenie, w której pojawiali się państwo Baker, przerażeni, zdezorientowani, niedowierzający. Walczący z resztą świata.
Swoją drogą, uważam, że to nie fair ze strony Hannah, że zostawia taśmy każdemu po kolei, ale rodzicom nie mogła nawet napisać jakiegoś listu. I muszą się szamotać, żeby zrozumieć, żeby poznać prawdę. Przynajmniej w serialu, w książce nie ma o tym ani słowa.


Kaseta 6: Strona A
▶️
Serial pokazuje, jak ludzie walczą ze świadomością, że przyczynili się do samobójstwa albo że niczego nie zauważyli. Jak muszą teraz żyć z tym i innymi swoimi grzeszkami i jak udają, że wcale nie mają poczucia winy, ale jednak mierzą się z nim codziennie.
Książka pokazuje... Jak Clay płacze podczas słuchania kaset. I nic poza tym. Wszyscy "odpowiedzialni" za samobójstwo Hannah są wspomnieni jedynie na taśmach, żadne z nich nie pojawia się fizycznie na stronach książki. I tutaj też serial wygrywa.

Kaseta 6: Strona B
▶️
Między książką a serialem jest też parę innych nieznacznych różnic, które nie wpływają na historię, ale o których warto wspomnieć. Na przykład sposób, w który Hannah odbiera sobie życie. Nie mam pojęcia, czemu został zmieniony na potrzeby serialu. Może, żeby wyglądało to bardziej obrazowo? Albo fakt, że w książce występuje bohaterka Jenny, natomiast w ekranizacji nie znajdziecie żadnej Jenny. Zamiast tego poznacie Sheri. Tak, to ta sama osoba. Aha, rower jest w serialu niejako atrybutem Clay'a. A w książce to Hannah jeździ do szkoły na niebieskim rowerze.

Kaseta 7: Strona A
▶️
Może to prawda, że pierwowzór lepiej przedstawia tło psychologiczne bohaterów (a przynajmniej to, co dzieje się w głowie Hannah przed śmiercią), ale nie zgadzam się ze zdaniem niektórych, że lepiej oddaje emocje bohaterów. Albo że bardziej wpływa na emocje odbiorców. Są książki, które sprawiają, że chce Ci się płakać. Albo wprawiają w złość. Albo wręcz zmuszają, żebyś nienawidził pewnych bohaterów, a uwielbiał innych. Ale ta taka nie była. Natomiast serial był jak najbardziej.

Kaseta 7: Strona B
▶️
W serialu Hannah nagrywa trzynaście taśm, pozostawiając czternastą pustą. A w książce? Cóż, w książce na stronie B siódmej kasety po raz ostatni można jeszcze usłyszeć jej głos. Tam tam tam tam.

Zdobyć to, co tak ulotne




Zdobyć to, co tak ulotne Beatrice Colin
Recenzja 
~*~
Próba ognia 
Marzec

W tej powieści jest wszystko, co kojarzy się z miłością, romansem i wprowadza w romantyczny nastrój płatków róż, czerwonego wina i miłosnych wyznań, szeptanych na uszko w przytłumionym świetle świec. Paryż. Wieża Eiffela. Piękne suknie. Wieczorki malarskie. Bogate powozy. Wystawne kolacje w elitarnych dworkach starych rodów. Sekwana... Niestety romansu nie ma tu prawie wcale. Jest za to szczegółowy opis nitów, spinających żelazne belki, które tworzą konstrukcję wieży Eiffela. A nawet więcej niż jeden taki opis.


Ona - Caitriona Wallace, wdowa bez pieniędzy, która utrzymuje się, towarzysząc bogatemu rodzeństwu Arrolów w podróży po Europie. Jest szaperon, przyzwoitką, opiekującą się dziewiętnastoletnią, głupiutką Alice Arrol oraz czuwającą nad jej trochę starszym bratem, Jamiem Arrolem.


On - Emil Nouguier, francuski inżynier koło czterdziestki, kawaler, jeden z pomysłodawców i projektantów Wieży Eiffela (postać historyczna, jest o nim całe jedno zdanie na Wikipedii).


Łączy ich dziwna miłość, niby od pierwszego wejrzenia, na którą składa się parę spojrzeń, parę oficjalnych liścików z zaproszeniem na herbatkę i brak chociażby jednej prawdziwej, konkretnej rozmowy. Godny wspomnienia jest fakt, że Jamie próbuje zeswatać Emila ze swoją głupią siostrą, która przyjechała do Paryża tylko po to, żeby wyhaczyć sobie jakiegoś dzianego faceta. A Caitriona znajduje się niżej w hierarchii społecznej (bo jej mąż umarł i straciła wszystkie pieniądze, wcześniej była całkiem dobrze ustawiona) i dlatego jej związek z Emilem byłby kulturowym faux pas i mezaliansem. Nie do końca to rozumiem. To nie tak, że Emil jest jakimś hrabią. 


Wszystko w tej historii jest... brzydkie. Nie potrafię znaleźć innego słowa. Nie jest to powieść, którą biedna, samotna dziewczyna przeczyta z wypiekami na twarzy, chłonąc całą sobą każdą romantyczną scenę, a potem przez tydzień będzie marzyła, żeby doznać takiej samej miłości. Żadna z nas nie będzie chciała takiej miłości. I nie chodzi tu o to, że jest to uczucie z założenia skazane na klęskę (z powodu tej różnicy stanu społecznego). Ta historia po prostu nie jest romantyczna. Jest smutna. Jest irytująca. I brzydka. 


Denerwuje mnie tutaj wszystko. Emil, który zachowuje się jak dzieciak i nie potrafi postawić matce (przypominam, że facet ma czterdzieści lat) i cały czas rozpacza, jaki niesprawiedliwy los go spotyka, bo przecież jest tylko inteligentny, bogaty, ma rodzinny biznes, który ustawi go do końca życia, i zwiedził pół świata. Denerwuje mnie Caitriona i jej niezdecydowanie, i jej zachowanie głupiej nastolatki - raz się do niego uśmiechnę, a potem będę udawała obrażoną, a potem dam się pocałować, a potem już nigdy więcej się nie odezwę. Wygląda to tak, jakby autorka na siłę potrzebowała zwrotu akcji, więc (żeby cokolwiek urozmaicić) zarządziła, że od teraz główna bohaterka nie będzie rozmawiała z głównym bohaterem. Bo tak.


Denerwuje mnie głupi Jamie, który lubi dziwki i koks... Dobra, dziwki i alkohol. I niszczy zupełnie wszystko, za co się zabierze. Denerwuje mnie jego jeszcze głupsza siostra, której jedynym zadaniem w tej powieści jest odgrywanie roli idiotki. I znalezienie męża. Serio, ta dwójka wykazuje się tak tępym zachowaniem, że odbiera książce jakikolwiek urok. Urok to zbyt mocne słowo, ta powieść nie ma uroku.


A Paryż, swoją drogą, wcale nie jest romantyczny i piękny. Autorka niszczy jakikolwiek powab tego miasta opisami modernizacji i wysiedleń mieszkańców, i polityczno-socjalnymi faktami historycznymi.


W oryginalnej XIX-wiecznej literaturze więcej było namiętności, uniesień i łamania konwenansów niż tutaj. A czasy były wtedy przecież takie... surowe. Jednak Austen i Brontë potrafiły pisać o ładnej, romantycznej miłości, pełnej pasji i walki z przeciwnościami, i całej tej ciekawej otoczki. I kontrowersji. Colin chyba myślała, że dodanie postaci dziwki i sceny seksu (nie, nie ma sceny seksu) doda powieści jakiegoś smaczku. Nie dodało.


Zaklasyfikowałam tę powieść jako romans, bo teoretycznie głównym wątkiem jest miłość Emila i Cait. Ale to tylko umowny wybór. Równie dobrze może to być powieść historyczna, ukazująca społeczeństwo XIX-wiecznego Paryża i Szkocji oraz początkowe niezadowolenie mieszkańców z powodu budowy wieży Eiffela. I różnice w życiu i postrzeganiu ludzi z różnych klas społecznych. Albo naukowa książka o inżynierii i budownictwie. Wydaje mi się, że autorka sama nie potrafiła się zdecydować. Niestety, w żadnym z tych wypadków się jej nie udało. Wiem, co mówię. Widziałam już na studiach dużo książek o inżynierii.


Jedyną ładną rzeczą w tej książce jest okładka. Dobrze prezentuje się na półce. Całe szczęście. 



~*~*~*~*~*~*~*~*~
Próba ognia
Marzec
Romans

Uświadomiłam sobie, że jestem już na tyle duża, że pora poszerzyć horyzonty i sięgnąć książki, które wcześniej omijałam wzrokiem. Chyba, że miały ładne okładki. Uwielbiam ładne okładki. W każdym razie, każdy miesiąc w 2017 upłynie mi (i dzięki temu Wam też) w towarzystwie przynajmniej jednej książki innej niż fantasy (jeden miesiąc - jeden gatunek). Będzie to moja własna Próba ognia. Wiem, że nie jest to tytuł do końca adekwatny, ale bardzo mi się podoba, więc zostanie.

Więcej recenzji w ramach Próby ognia będzie ukazywało się tutaj

Śmierć Marzannom



Nadszedł czas na wiosenny tekst o wiośnie, bo wiosna. I mimo, że zima jeszcze całkiem nie odeszła i czasem dalej szaleje, i próbuje zniszczyć wichrami i nieprzyzwoitymi temperaturami to ludzkie mrowie, które obsiadło Ziemię, to jednak już była wiosna. Przynajmniej przez chwilę. A dzisiaj nawet kalendarz tak mówi. A skoro mówi tak kalendarz, to natura nie ma wyjścia i musi się z tym w końcu pogodzić. Wiadomo przecież, że natura nie ma nic do gadania, jeśli człowiek coś sobie postanowi. Chyba, że mówimy o elfach na Islandii. One tam mają prawo do wetowania ustaw. Serio.

Tak jak wcześniej zima-zła powoli wkradała się w nasze życia, wieczorem roztaczając ulotną woń pierwszych mrozów, a rankiem pozostawiając szron na trawie, tak teraz wiosna już od jakiegoś czasu próbuje dojść do głosu. A ja nie byłabym sobą, gdybym nie wypatrywała każdego najdrobniejszego szczegółu, który pozwoli mi powiedzieć, że to już ten czas. Choćby tego, że niebo jest jakieś takie bardziej bezchmurne i błękitne. I znowu widać samoloty. Albo tego, że zakwitły przebiśniegi (i nie, wcale nie mówię o petach pod moim balkonem, których nie ukrywa już ani śnieg, ani rozkopane fundamenty mojego bloku). Albo tego, że musiałam ratować mojego kota przez niechybną śmiercią, której doświadczyłby, gdyby spróbował upolować pierwszą w tym roku pszczołę, która wleciała przez okno. Mój kot nie jest dobrym myśliwym.

I w końcu nadszedł ten piękny dzień, kiedy oficjalnie mogę zacząć się cieszyć z ciepełka i słonka, bo dzielne przedszkolaki w całej Polsce odprawiły dzisiaj rytuał (który jest jak najbardziej niebestialski i nieokrutny, i odpowiedni dla dzieci) topienia Marzanny, by raz na zawsze uwolnić nas wszystkich od nieurodzaju, klęsk żywiołowych i kolejnej epoki lodowcowej. Marzanna, swoją drogą, jest słowiańską boginią zimy i śmierci. A ludzie nigdy mi nie wierzą, kiedy mówię, że zima to tylko smutek, mróz, depresja i śmierć...

Tak więc, całkowicie bezpieczna, dzięki odwadze pięcioletnich rycerzy, walczących o wyzwolenie, wyruszyłam na poszukiwania wiosny. Rozglądałam się wszędzie za jej wiankiem, plecionym z polnych, świeżych kwiatów. Za dostrzegalnym tylko kątem oka delikatnym materiałem zwiewnej sukni z porannej rosy. Za zostawionym w wilgotnej ziemi śladem bosej stopy. Za puklem jasnych włosów, uniesionym lekkim podmuchem ciepłego wiatru. I co się okazało?

Że wiosna jest chłopcem.

Co? Ale jak to?

A no tak, że topimy tę Marzannę, żeby (dosyć ironicznie) uśmiercić śmierć i zrobić miejsce dla Jaryły, który dla odmiany jest bogiem płodności i wiosny, i gdzie jego stopa postanie, tam kłosy wyrastają w obfitości, a gdy do drzwi zapuka, to niechybnie dziecko w rodzinie się pojawi. Tak więc, jeśli dostrzeżecie jakąś pannę w ciąży, to pewnie będzie jego sprawka.

Mimo tej, poniekąd przykrej, niespodzianki, mogę dalej i wciąż uroczyście oświadczyć, że to już wiosna. Nawet jeśli jeszcze jest trochę nieśmiała/y i niepewna/y, to za niedługo na pewno rozkwitnie w całej obfitości kwiatów, robaków (jestem je w stanie znieść tylko dlatego, że nie mam już dosyć zimy), i dłuższych dni, i cieplejszego słonka. Tylko musimy jej/jemu troszkę pomóc.

Galeria Bronowice ma taką reklamę na bilbordach (tak, na to zwróciłam największą uwagę podczas mojego ostatniego pobytu w Krakowie), że jedna sukienka wiosny nie czyni. Jaka płynie z tego mądrość? Że, żeby wiosna w końcu nadeszła, trzeba kupić więcej niż jedną kiecę. Mam silne poczucie obowiązku, dlatego z tej okazji wybieram się na zakupy. A Wy jak przyczyniacie się do wiosny?

A może, jeśli powiem i powtórzę to wystarczająco dużo razy, wiosna przyjdzie i rozgości się na dobre? Tak więc wiosna. Przyszła wiosna. Zbliża się wiosna. To już wiosna. Wiosenne kwiaty i zapach wiosny, i przebiśniegi, i wiosna. I mokra ziemia, której już nic nie tłamsi ani nie trzyma w ryzach i znów może zacząć się zielenić świeżą trawą i barwić krokusami. I wiosna.

Kocham wiosnę. I to wcale nie dlatego, że w maju mam urodziny. Nie, zupełnie nie o to chodzi.

Ale, żeby nie było tak do końca cudownie i miło na serduszku, muszę zwrócić uwagę na jeden bardzo smutny fakt. Sebastian powiedział mi, kiedy wygrzewaliśmy buzie w pierwszych promieniach wiosennego słońca, że, skoro nadchodzi wiosna, nie będziemy już mogli mieć depresji ani narzekać na cały świat, ani rozpaczać. Głupoty opowiada ten Sebastian. Zaraz zrobi się ciepło i znów będzie można nosić krótkie koszulki odsłaniające brzuszek i krótkie spodenki odsłaniające tyłek. I znów będę mogła płakać i rozpaczać, że nie udało mi się osiągnąć idealnej wagi ładnych pań z internetów i wcale nie wyglądam tak dobrze, jakbym chciała.

Śpiący giganci

 

Śpiący giganci
Sylvain Neuvel
Recenzja

Rose miała jedenaście lat, kiedy dokonała największego odkrycia w dziejach ludzkości. I tak, jak to zazwyczaj bywa, dokonała go przypadkiem. 

Możecie się zastanawiać, jakim cudem dziecko zrobiło coś tak ważnego. I o co właściwie chodzi. Nie, Rose nie była małym geniuszem, który w swoim tajnym laboratorium odkrył nowy pierwiastek albo sklonował człowieka. Rose zrobiła tylko jedną, z pozoru nic nieznaczącą rzecz. Wpadła do wielkiej dziury w lesie. I straciła przytomność. A gdy się ocknęła, okazało się, że to wcale nie wielka dziura, tylko wielka dłoń z czarnego materiału, połyskująca turkusowym blaskiem. W wielkiej dziurze w lesie.

Szesnaście lat później Rose staje na czele grupy badawczej, która ma za zadanie rozwiązać zagadkę tajemniczej dłoni, rozszyfrować język, którym zapisane są znalezione przy artefakcie płyty i odnaleźć pozostałe części ciała. Tak właśnie. Przecież wszystko nie może skończyć się na jednej dłoni. Przy okazji i badania, i poszukiwania muszą odbywać się w tajemnicy (projekt jest ściśle tajny, wspierany przez rząd i armię amerykańską), co jest dosyć trudne. Ciężko przetransportować kilkumetrową łydkę z takiej na przykład Turcji, tak, żeby nikt tego nie zauważył.



Z początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona do sposobu narracji w powieści. Nie ma tutaj trzecioosobowego narratora. Nie ma tutaj też pierwszoosobowego narratora. Nie ma tu w sumie żadnego narratora. Ale w takim razie, jak to działa? Otóż większość książki jest napisana na zasadzie dialogów-wywiadów jakiegoś tajemniczego faceta z poszczególnym członkami zespołu, albo innymi osobami, powiązanymi ze sprawą. Do tego czasami możemy przeczytać fragmenty dzienników osobistych, artykuły w gazetach albo raporty wojskowe. Żadnych opisów postaci. Żadnych opisów krajobrazów. Nawet pełnego opisu znaleziska tu nie ma. A ja lubię opisy. Może nie piętnastostronnicowe elaboraty o faunie i florze Afryki, jak u Sienkiewicza, ale lubię.

Okazało się jednak, że użycie takiej formy dało bardzo dobry efekt. Dzięki temu nasza wyobraźnia ma jeszcze większe pole do popisu, zarówno jeśli chodzi o wygląd postaci czy miejsc, jak i samego giganta. Bohaterów poznajemy jedynie na podstawie ich własnego zachowania w trakcie dialogów albo tego, co mówią o nich inni ludzie w swoich wywiadach. "Obserwowanie" ich podczas rozmowy sprawia też, że wydają się bardziej realni i namacalni. I bardziej z nami związani.


Dzięki dialogom akcja toczy się szybko, a mało znaczące szczegóły zostają po prostu pominięte. Nawet szczególnie makabryczne wydarzenia często są przedstawione tak szybko i... obojętnie, że ledwo zwracasz na nie uwagę. Z reguły mija trochę czasu między danym wydarzeniem a wywiadem, w którym porusza się jego kwestię, więc to całkiem naturalne, że ludzie nie reagują już na nie w bardzo emocjonalny sposób. Dlatego w pierwszej chwili ta czy inna katastrofa w ogóle Ci umyka, gubi się gdzieś pomiędzy rozmowami o pogodzie, jakby była wypowiedziana tym samym tonem, co "popadało dzisiaj trochę, ale biomet ogólnie jest korzystny". Dopiero po sekundzie używasz sekwencji: stop - wróć - przeczytaj jeszcze raz o tym, jak stado słoni w kapeluszach stratowało grupę przeszkolaków na wycieczce.

Tak serio nie było tam żadnych słoni. Ale było kilka zapadniętych domów. I katastrofa lotnicza. W każdym razie, rozumiecie o co chodzi?

Mimo wszystko, taki sposób prowadzenia opowieści wcale nie wydaje się dziwny. Albo chaotyczny. Nadaje natomiast akcji niesamowitego tempa i dosłownie każe ci wstrzymywać oddech i przeczytać wszystko na raz. I w ogóle nie odkładać książki. Dlatego odłożyłam ją tylko raz. W połowie.


Pozostaje jeszcze kwestia najbardziej interesującego bohatera książki. Tego, który pojawia się w prawie każdym rozdziale, a wiemy o nim... nic. To tajemniczy typ, któremu niby nikt nie ufa, ale i tak wszyscy go słuchają i robią dokładnie to, co im każe. Jest naprawdę strasznym gnojem. Sukinsynem bez uczuć, cynikiem, bezdusznym człowiekiem. I nie zdradza o sobie zupełnie nic. Nawet imienia. A przy tym władzę ma nieograniczoną. Tylko nikt nie wie, skąd się ona bierze.

A ja dalej i wciąż... go lubię. Jest ciekawy. Jest tajemniczy. Jest gnojkiem, to fakt. Często bezczelnym i wścibskim. Ale jest też tak niesamowicie inteligentny. To dzięki niemu dialogi są błyskotliwe, często autentycznie zabawne. I jakimś cudem, pomimo całego tego jego nieprzyjemnego usposobienia, ludzie cały czas opowiadają mu o swoich odczuciach, swoim życiu, swoich przemyśleniach. Jakby miał w sobie coś takiego, co zmusza innych do otwarcia się.

Muszę jeszcze dodać, że występują tu nawiązania do starożytnych wierzeń, w tym do mitologii greckiej, której jestem fanką (może zauważyliście), co przekonuje mnie do tej książki jeszcze bardziej. Nic więcej nie powiem, żeby nie psuć Wam zabawy.

Śpiący giganci zdecydowanie zdobyli moje serce. Nie wiem, czy moje wymagania nagle tak strasznie zmalały, czy ta książka jest po prostu taka dobra, ale jestem nią szczerze oczarowana. Może za tydzień już nie będę, jednak zabrałam się za tę recenzję zaraz po odłożeniu Gigantów na półkę (i zrobieniu zdjęcia na insta), więc jestem jeszcze w fazie zachwytu i miłości do niej. To debiutancka powieść Sylvaina Neuvela i, naprawdę, równocześnie gratuluję i zazdroszczę mu takiego debiutu.

A okładka jest przecudowna!

Miejsce kobiety jest w kuchni



Witam, piszę do Was z mojej kuchni (w której jedną ręką tłukę mięso na kotlety a drugą obieram ziemniaki), żeby zaapelować do wszystkich kobiet i przywrócić je do porządku. Koniec szaleństw, moje drogie, czas wracać do garów.

Temat ten został przemaglowany już na wszystkie możliwe sposoby, ale, jako kobieta, jestem za głupia, żeby wymyślić coś bardziej oryginalnego. Dlatego też z okazji tego cudownego dnia (kobiet) zmuszam Was do czytania o... stereotypach dotyczących kobiet. Jest to w pełni moja subiektywna opinia. Do której mam prawo. Bo kobiety w Polsce podobno jakieś prawa mają. Na przykład prawo głosu - co dzisiaj ugotują na obiad.



Kobiety są wredne, kiedy mają okres
Prawda. Ale musicie nas zrozumieć, panowie. Wy nie macie w swoim życiu takiego momentu, w którym brzuch rozpierdala Was od środka, krew wylewa się z Was potokiem przez tydzień, a hormony każą Wam tulić szczeniaczki, zabijać szczeniaczki, a potem płakać, wciskając sobie do ust po trzy ciastka na raz. Zresztą, Wy umieracie, jeśli temperatura skoczy Wam o pół stopnia w górę, więc naprawdę wydaje mi się, że mamy pełne prawo do marudzenia podczas okresu. A jeśli jakiś facet dalej nie jest przekonany, to jestem w stanie opisać to, jak bardzo miesiączki są beznadziejne, dużo bardziej obrazowo.

Jedynym sposobem na osiągnięcie zawodowego sukcesu jest danie dupy wystarczającej liczbie facetów na wystarczająco wysokich stanowiskach 
To w takim razie, komu dali dupy wszyscy ci faceci na wszystkich wysokich stanowiskach? A nie, zapomniałam, że panom to się należy z automatu i nie chodzi tu ani o osiągnięcia, ani o inteligencję, ani o innowacyjne pomysły.

Miejsce kobiety jest w kuchni
Co w tym złego? To w kuchni jest jedzenie. Czy w całym domu istnieje cudowniejsze miejsce?
A tak naprawdę, większość najznamienitszych mistrzów kuchni jest mężczyznami, więc nikt nie powie mi, że tylko Graże potrafią kulać kluski i smażyć schabowego co niedzielę. Najlepszym przykładem tego, że ten stereotyp to bzdura, jestem ja. Mogę przyrządzić całe pięć potraw. Wszystkie są wariacjami z kurczakiem w roli głównej (z reguły różnią się wielkością kawałków, w które ten kurczak jest pokrojony). O i jeszcze jajecznicę.

Blondynki są głupie
Głupi był ewidentnie ten, kto to wymyślił. Tak samo głupia może być brunetka. Albo ruda. Albo blondyn. Albo szatyn. Nawet łysy Sebix spod monopolowego może być głupi.

Nie orientują się w przestrzeni
Eee, nie. Przyznaję, że zdarza nam się pomylić kierunki. I nie każda z nas wie, czy mech na pniu drzewa wskazuje wschód czy zachód. Ale niech któryś z panów powie mi, jaka jest najkrótsza droga z mrożonek na świeczki zapachowe w Tesco. Nie wiecie? Właśnie.

Szukają bogatego męża
Prawda. Koniec.

Marzą o tym, żeby nie pracować tylko zajmować się domem
Oczywiście, bo kto nie chciałby do końca życia spędzać czasu tylko na praniu, prasowaniu, myciu garów i wąchaniu śmierdzących pieluch? I byciu całkowicie zależnym od silnego, wielkiego mężczyzny, harującego na całą rodzinę. Ten układ sprawdza się pewnie tylko wtedy, kiedy "zajmowanie się domem" polega na doglądaniu pracy gosposi, a większość czasu pochłania chodzenie na brunche. I kupowanie nowych Channeli. I peeling kwasami owocowymi u kosmetyczki. I powiększanie biustu.
I nie, nie każda kobieta musi urodzić drużynę piłkarską, żeby w końcu czuć się spełniona. Poród boli, wiecie? A jedenaście porodów boli jedenaście razy.

Każdy facet, do którego się odezwą, to potencjalny kandydat na chłopaka i przyszłego męża
Nie. Nie pochlebiajcie sobie. Chyba że jesteście obrzydliwie bogaci. Wtedy automatycznie awansujecie do rangi "potencjalny mąż i miłość do końca życia, i ślub w Mediolanie".

Są chorobliwie zazdrosne
Prawda. Na szczęście większość z nas potrafi to w mniejszym lub większym stopniu ukryć i nie wyjść na kompletną psychopatkę. A jeśli "tylko koleżanka z pracy" okaże się nie być tylko koleżanką z pracy, to zawsze będziemy mogły powiedzieć, że i tak wiedziałyśmy, że tak się stanie. Wiecie, kobieca intuicja i te sprawy.

Cały czas pierdolą o głupotach
Natomiast to, jak w trzeciej minucie Lewandowski strzelił z karnego, a w piatej było słychać strzały to wywód na poziomie pracy doktorskiej z fizyki kwantowej.

Nie potrafią prowadzić samochodu
Naprawdę nie wiem, skąd to się bierze. Przecież jesteśmy multi-zadaniowe i potrafimy równocześnie prać, prasować, gotować obiad i oglądać Pierwszą miłość w telewizji. A gdy wsiadamy do auta, nagle przerasta nas równoczesne patrzenie na drogę, ogarnianie trzech pedałów (a przecież geje to najlepsi przyjaciele kobiety) i skrzyni biegów. Nie zawsze, oczywiście. Moja mama na przykład jest jak kierowca rajdowy i jestem przekonana, że, kiedy mówi, że kupuje włoszczyznę w Auchanie, tak naprawdę wygrywa nielegalne wyścigi. Ja natomiast już nie boję się, że zabiję przynajmniej pięć osób, za każdym razem gdy siadam za kierownicą. Ale dalej nie potrafię parkować. I nie wstydzę się do tego przyznać. W końcu jestem kobietą, więc nikt nie wymaga ode mnie umiejętności parkowania.

Zawsze boli je głowa
Może to będzie niesamowite zaskoczenie, ale... kobiety lubią seks. I coraz częściej nie boją się o tym mówić. Mimo, że dla większości społeczeństwa dalej i wciąż każda kobieta, która jawnie przyznaje się do czerpania przyjemności z seksu jest bezwstydną ladacznicą. Dlatego, jeśli ciągle boli ją głowa, to może po prostu jej facetowi wydaje się, że jest królem łóżka, bo posiadł tajemną wiedzę, gdzie wsadzić. I nic poza tym. Wtedy ból głowy jest nieunikniony. I wydaje się nawet lepszą opcją.


Nie będę składała wszystkim kobietom życzeń, bo, niespodzianka, też jestem kobietą. Dlatego dalej czekam na kwiatki, miłe słowa, stosy prezentów i komplementy. I ciastka. Ale pamiętajcie, dziewczyny, Kopernik była kobietą.

Historia pana B.



Historia pana B. Clive Barker
Recenzja
~*~
Próba ognia
Luty

SPAL   TĘ   KSIĄŻKĘ.
Pośpiesz się. Zrób to. Teraz, póki jeszcze czas. Spal ją. Nie patrz na kolejne słowo. Słyszysz, co mówię? Ani. Słowa. Więcej.
Na co czekasz? To nic trudnego. Po prostu przestań czytać i spal książkę. To dla twojego dobra, uwierz mi. Nie, nie mogę wyjaśnić dlaczego. Nie mamy czasu na wyjaśnienia. Każda kolejna sylaba, po której pozwalasz błądzić swym oczom, to krok ku coraz większym kłopotom. Kiedy zaś mówię "kłopoty", mam na myśli rzeczy tak zatrważające, że gdy tylko je zobaczysz, gdy tylko je poczujesz, twoje zmysły cię opuszczą. Oszalejesz. 

Nie spaliłam tej książki. Tak. Jestem taką odważną osobą. Albo głupią. Słyszałam różne opinie. W każdym razie, może nie będzie dla Was zaskoczeniem to, że po tych słowach chciałam ją przeczytać jeszcze bardziej. Co też uczyniłam.

I okazało się, że wcale nie była jakaś niesamowita...

To znaczy, pomysł jest całkiem dobry. W końcu to demon przemawia do Ciebie z kart książki niczym Tom Riddle ze swojego horkruksa-dziennika (to nie jest spojler, dowiadujemy się tego chyba na trzeciej stronie. To znaczy tego, że mamy do czynienia z przedstawicielem Demonacji). Ale sam sposób przedstawienia tego gatunku i piekła jest... rozczarowujący. Piekielne czeluście wcale nie są jakieś przerażające, mroczne i gorejące wiecznym ogniem, i wcale nie słychać w nich jęków dręczonych dusz. Stoi tam natomiast rodzinna chatka głównego bohatera, Jakaboka Botcha, a za nią rozciąga się wysypisko śmieci. Demony są mało demoniczne, wiodą bardzo ludzkie życie, chodzą do pracy, szkoły, zakochują się, tworzą rodziny. Z tą różnicą, że żyją w piekle. I mają ogony. I łuski. Tylko jakoś nie przeszkadza im to w niezauważonym paradowaniu między ludźmi. Ale o tym potem.

Cała idea polega na tym, że Jakabok próbuje przekonać czytelnika do spalenia książki, w której jest uwięziony za jakieś straszne zbrodnie. Mówi, że dzięki temu będzie mógł zakończyć swój marny żywot i spocząć w pokoju, zamiast przez wieczność być zlepkiem kartek i plamami atramentu, które ożywają tylko, gdy ktoś decyduje się otworzyć książkę. Pierwsze strony nie różnią się od siebie jakoś zasadniczo. Przez większość czasu jedyne, co możemy przeczytać to "spal tę książkę", albo "spal tę książkę". Ewentualnie (tam tam tam tam) "spal tę książkę". Potem Jakabok zaczyna stosować różne metody, żeby nakłonić czytelnika do popełnienia tego czynu, zaczynając od troski o życie i moralność odbiorcy, poprzez pochlebstwa, próby przekupienia, na groźbach kończąc.

W międzyczasie​ opowiada historię swojego życia w nadziei, że w ten sposób uda mu się nakłonić czytelnika do spełnienia jego prośby. Dowiadujemy się więc o jego trudnym dzieciństwie w Dziewiątym Kręgu piekła, ojcu alkoholiku i nieszczęśliwym wypadku, który sprawił, że Jakabok został oszpecony do końca życia. O tym, jak podstępem został zaciągnięty do Świata Na Górze w średniowieczne realia, gdzie ludzie byli jeszcze w pełni świadomi obecności demonów i aniołów. O tym, jak od tego czasu musiał walczyć o życie, o jego podróży po całym świecie w poszukiwaniu coraz to nowych wynalazków ludzkości, o trudnej miłości. I o wynalazku tak niesamowicie ważnym, że mógł doprowadzić do końca świata, ale na szczęście ostatecznie zmienił go tylko w nieodwracalny sposób.

To podobno horror. Podobno jednego z poczytnych mistrzów gatunku. Zdaję sobie sprawę z tego, że dużo trudniej przerazić kogoś za pomocą samych słów, bez żadnych creepy zarośniętych dziewczynek, wychodzących z telewizora, ciszy budującej napięcie i efektów specjalnych. Tak, napisanie dobrej książki-horroru musi być zdecydowanie trudniejsze od nagrania filmu-horroru. I może z tego powodu nie powinnam być zbyt krytyczna. Ale nie zrobiły na mnie wrażenia ani opisy strasznych czynów, którymi tak bardzo chwali się Jakabok, gdy próbuje być groźny, ani fakt, że zarżnął ze dwa tuziny niemowląt, żeby wykąpać się w ich krwi, ani opisy wyglądu przeróżnych piekielnych stworów. Z ręką na sercu muszę przyznać, że w całej książce był tylko jeden moment, w którym moje serduszko zaczęło bić szybciej, a jako, że była już 3 w nocy (godzina duchów) i wszyscy domownicy spali, to tchórzliwie stwierdziłam, że na dzisiaj wystarczy. W każdym razie, jeden taki fragment na dwieście stron to trochę słaby wynik, jak na mistrza horroru.

W dodatku najwyraźniej nie jestem fanką stylu pisania Clive'a Barkera. Momentami wydarzenia dzieją się szybko i bez jakiegoś logicznego połączenia, opisy są... dziwne, historie urwane i jakby zbyt groteskowe, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to życiorys demona. Gdy Jakabok chwalił się swoimi strasznymi, mrożącymi krew w żyłach czynami, myślałam tylko: oh, nie mógł się bardziej postarać? Sama nie do końca wiedząc, czy mam na myśli demona czy dużo bardziej przyziemnego pisarza.

Muszę jednak przyznać, że bardzo ciekawym zabiegiem jest ciągła "rozmowa" Jakaboka z czytelnikiem. Demon prowadzi monolog, ale cały czas zwraca się w naszą stronę, zadaje pytania, mówi, że potrafi zauważyć naszą reakcję na swoje słowa (nie zawsze do końca trafnie), czuje, kiedy mocniej zaciskamy dłonie na książce, kiedy nasz oddech przyspiesza. Sprawia to, że czytając nie czujemy się tak naprawdę sami. Jakby cały czas ktoś siedział razem z nami. Jakby można było stwierdzić obecność jeszcze kogoś.

Głównie ze względu na ten fakt było to całkiem ciekawe doświadczenie, mimo, że nie jest to ani najbardziej przerażająca rzecz w moim życiu, ani najlepsze dzieło pisarskie, jakie miałam okazję przeczytać. Nie mogę więc powiedzieć, że nie polecam tej książki. Może po prostu duża ilość dziwnych filmów, które obejrzałam, jakoś uodporniła mnie na działanie obrzydliwych opisów i potwornych potworności...

Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się sięgnąć po Historię pana B., pamiętajcie tylko, żeby nie dać się skusić, jeśli demon ofiaruje Wam coś w zamian za przysługę. Podobno zaprzedanie duszy nigdy nie kończy się dobrze.

~*~*~*~*~*~*~*~*~
Próba ognia
Luty
Horror

Uświadomiłam sobie, że jestem już na tyle duża, że pora poszerzyć horyzonty i sięgnąć książki, które wcześniej omijałam wzrokiem. Chyba, że miały ładne okładki. Uwielbiam ładne okładki. W każdym razie, każdy miesiąc w 2017 upłynie mi (i dzięki temu Wam też) w towarzystwie przynajmniej jednej książki innej niż fantasy (jeden miesiąc - jeden gatunek). Będzie to moja własna Próba ognia. Wiem, że nie jest to tytuł do końca adekwatny, ale bardzo mi się podoba, więc zostanie.

Więcej recenzji w ramach Próby ognia będzie ukazywało się tutaj

Szklanka w trzech czwartych pusta


Są takie momenty w życiu, kiedy uświadamiasz sobie, że czas nie biegnie dla Ciebie wolniej niż dla innych a to, że codziennie zostaje Ci go coraz mniej, to nie jakiś błahy frazes. A to dostrzegasz w lustrze jakiś połysk, kiedy się czeszesz i okazuje się, że to włos, który wcale nie jest upierdolony, tylko zwyczajnie siwy. A to zdajesz sobie sprawę, że to marszczenie czoła, kiedy robisz minę suki, zostawia po sobie coraz bardziej zauważalny ślad. Albo gwiżdżą na Ciebie szczyle z samochodówki i możesz powiedzieć, że to szczyle z samochodówki, bo w najlepszym przypadku są od Ciebie tylko dwa lata młodsi. Chyba, że nie zdali parę razy.

I może nie każda taka chwila wpływa na Ciebie w danym momencie, i nie każda sprawia, że wpadasz w nostalgię i sentymentalne rozmyślania nad sensem własnego życia (chyba, że chodzi o siwy włos, wtedy już wypada smarować się piachem). Ale gdzieś, za którymś razem zaczynasz się zastanawiać i rewidować, i liczyć, jaki procent Twoich marzeń i ambicji faktycznie już spełniłeś, a jaki dalej pozostaje w eterycznej i ulotnej sferze rzeczy odległych i nieosiągalnych.

Powiem tyle, nie mam szczególnych problemów z matematyką, ale nie trzeba być orłem, żeby doliczyć się tego, że moje procenty układają się w niezadowalającej proporcji. Słowem: kapa. Dwoma słowami: shit happens. Trzema: trudno spełniać marzenia.

Ale nie lubię ograniczać się do tak małej liczby słów.

Są w sumie trzy kluczowe, najważniejsze rzeczy, które chciałabym osiągnąć w moim życiu. Dla odpowiedniego uporządkowania i przejrzystości przedstawię je w punktach (w przypadkowej kolejności, bez jakiegokolwiek hierarchizowania).

1. Chciałabym wydać kiedyś książkę, w której cały świat się zakocha i będzie błagał o kontynuację, i na której zarobię grube miliony. Nie, żartuję, chciałabym wydać książkę, w której zakocha się ktokolwiek i którą pochwali ktokolwiek (oprócz Sebastiana, który na razie jako jedyny słuchał moich pomysłów i rozkminiał ze mną tysiąc możliwych rozwiązań i powiązań, i outfitów Seleny Gomez, kiedy już zagra w ekranizacji - to jego pomysł z wyborem aktorki!). I chciałabym to zrobić, dlatego, że dalej i wciąż nie znalazłam rzeczy, którą kochałabym bardziej niż to pisanie.

2. Chciałabym stworzyć z moim tatą dobrze prosperującą firmę, zajmującą się projektowaniem rozwiązań i instalacji bazujących na odwróconej osmozie i innych mądrych terminach oraz zjawiskach, o których wspominać nie będę (dla uproszczenia nazwijmy ją po prostu firmą chemiczną). Bo to jego największe marzenie. Bo nie chcę być polonistką. A z pisania książek w Polsce średnio da się wyżyć. Zresztą najpierw musiałabym coś napisać. I zawsze chciałam, żeby z tyłu, na okładce mojej książki, w tym krótkim fragmencie o autorze było bardziej coś w stylu "no proszę, proszę, pisze książki a studiowała technologię i inżynierię chemiczną" niż "kolejna pisarka po filologii" (nie obrażam żadnego studenta, absolwenta ani wykładowcy jakiejkolwiek filologii). No i przecież w końcu po coś poszłam na te studia...

3. Chciałabym, a raczej chciałam (bardzo optymistycznie), założyć rodzinę tak mniej więcej do dwudziestego piątego roku życia. Ale okazuje się, że za niecałe trzy miesiące będę miała 22 lata, a idealnego księcia z bajki w mercedesie, który jest gotów ofiarować mi swoje serce, pierścionek zaręczynowy i poemat o tym, jak to zamierza spędzić ze mną resztę życia, jak nie było, tak nie ma. I może to dziwne, że właśnie to mi się marzy, bo przecież teraz wszyscy mają czas i chcą mieć jak najwięcej czasu. Na karierę, na szaleństwa, na beztroskie życie, imprezy i największą odpowiedzialność w postaci złotej rybki. I ja też chciałabym mieć na to wszystko mnóstwo tego cennego czasu. Ale nie kosztem tego, że moje może-przyszłe-wyimaginowane-nie-wiadomo-czy-kiedykolwiek-realne dzieci będą musiały się codziennie zastanawiać, jak długo będą mogły się jeszcze cieszyć obecnością swoich rodziców. Albo że nigdy nie poznają swoich dziadków. To całkiem nieciekawa rzecz.

Koniec końców, ludzie młodsi ode mnie są znani na całym świecie, mieszkają w willach, wydają swoje własne linie kosmetyków, zaręczają się, mają dzieci i zarabiają pierwsze miliony w założonych przez siebie firmach. A ja nie jestem ani troszkę bliżej spełnienia któregokolwiek ze swoich marzeń. Oprócz tego, że kończy się piąty semestr moich studiów.

Ale to nie jest najgorsze, więc jeśli myśleliście, że to koniec użalania się nad życiem i krętymi ścieżkami jego, i dnia codziennego rozczarowaniami, to nie poznaliście jeszcze zupełnie mojej szklanki do połowy pustej. Chociaż pewnie byłaby pusta w trzech czwartych, znając moje szczęście. Najgorsze jest to, że kiedyś w końcu każdy z nas musi stać się realistą. Bo świat jest zły i tak dalej. Nawet osoba, której w sumie zazwyczaj wszystko wychodzi i w sumie z reguły dostaje wszystko, co chce. A realistycznie nie jestem w stanie zrobić wszystkich tych trzech rzeczy, które sobie wymarzyłam. Realistycznie z czegoś trzeba zrezygnować.

A bardzo trudno jest z zimną krwią i wyrachowaną kalkulacją rezygnować ze swoich marzeń.

@puszka.pandory