Zdobyć to, co tak ulotne



Zdobyć to, co tak ulotne Beatrice Colin
Recenzja 
~*~
Próba ognia 
Marzec

W tej powieści jest wszystko, co kojarzy się z miłością, romansem i wprowadza w romantyczny nastrój płatków róż, czerwonego wina i miłosnych wyznań, szeptanych na uszko w przytłumionym świetle świec. Paryż. Wieża Eiffela. Piękne suknie. Wieczorki malarskie. Bogate powozy. Wystawne kolacje w elitarnych dworkach starych rodów. Sekwana... Niestety romansu nie ma tu prawie wcale. Jest za to szczegółowy opis nitów, spinających żelazne belki, które tworzą konstrukcję wieży Eiffela. A nawet więcej niż jeden taki opis.


Ona - Caitriona Wallace, wdowa bez pieniędzy, która utrzymuje się, towarzysząc bogatemu rodzeńswtu Arrolów w podróży po Europie. Jest szaperon, przyzwoitką, opiekującą się dziewiętnastoletnią, głupiutką Alice Arrol oraz czuwającą nad jej trochę starszym bratem, Jamiem Arrolem.


On - Emil Nouguier, francuski inżynier koło czterdziestki, kawaler, jeden z pomysłodawców i projektantów Wieży Eiffela (postać historyczna, jest o nim całe jedno zdanie na Wikipedii).


Łączy ich dziwna miłość, niby od pierwszego wejrzenia, na którą składa się parę spojrzeń, parę oficjalnych liścików z zaproszeniem na herbatkę i brak chociażby jednej prawdziwej, konkretnej rozmowy. Godny wspomnienia jest fakt, że Jamie próbuje zeswatać Emila ze swoją głupią siostrą, która przyjechała do Paryża tylko po to, żeby wyhaczyć sobie jakiegoś dzianego faceta. A Caitriona znajduje się niżej w hierarchii społecznej (bo jej mąż umarł i straciła wszystkie pieniądze, wcześniej była całkiem dobrze ustawiona) i dlatego jej związek z Emilem byłby kulturowym faux pas i mezaliansem. Nie do końca to rozumiem. To nie tak, że Emil jest jakimś hrabią. 


Wszystko w tej historii jest... brzydkie. Nie potrafię znaleźć innego słowa. Nie jest to powieść, którą biedna, samotna dziewczyna przeczyta z wypiekami na twarzy, chłonąc całą sobą każdą romantyczną scenę, a potem przez tydzień będzie marzyła, żeby doznać takiej samej miłości. Żadna z nas nie będzie chciała takiej miłości. I nie chodzi tu o to, że jest to uczucie z założenia skazane na klęskę (z powodu tej różnicy stanu społecznego). Ta historia po prostu nie jest romantyczna. Jest smutna. Jest irytująca. I brzydka. 


Denerwuje mnie tutaj wszystko. Emil, który zachowuje się jak dzieciak i nie potrafi postawić matce (przypominam, że facet ma czterdzieści lat) i cały czas rozpacza, jaki niesprawiedliwy los go spotyka, bo przecież jest tylko inteligentny, bogaty, ma rodzinny biznes, który ustawi go do końca życia, i zwiedził pół świata. Denerwuje mnie Caitriona i jej niezdecydowanie, i jej zachowanie głupiej nastolatki - raz się do niego uśmiechnę, a potem będę udawała obrażoną, a potem dam się pocałować, a potem już nigdy więcej się nie odezwę. Wygląda to tak, jakby autorka na siłę potrzebowała zwrotu akcji, więc (żeby cokolwiek urozmaicić) zarządziła, że od teraz główna bohaterka nie będzie rozmawiała z głównym bohaterem. Bo tak.


Denerwuje mnie głupi Jamie, który lubi dziwki i koks... Dobra, dziwki i alkohol. I niszczy zupełnie wszystko, za co się zabierze. Denerwuje mnie jego jeszcze głupsza siostra, której jedynym zadaniem w tej powieści jest odgrywanie roli idiotki. I znalezienie męża. Serio, ta dwójka wykazuje się tak tępym zachowaniem, że odbiera książce jakikolwiek urok. Urok to zbyt mocne słowo, ta powieść nie ma uroku.


A Paryż, swoją drogą, wcale nie jest romantyczny i piękny. Autorka niszczy jakikolwiek powab tego miasta opisami modernizacji i wysiedleń mieszkańców, i polityczno-socjalnymi faktami historycznymi.


W oryginalnej XIX-wiecznej literaturze więcej było namiętności, uniesień i łamania konwenansów niż tutaj. A czasy były wtedy przecież takie... surowe. Jednak Austen i Brontë potrafiły pisać o ładnej, romantycznej miłości, pełnej pasji i walki z przeciwnościami, i całej tej ciekawej otoczki. I kontrowersji. Colin chyba myślała, że dodanie postaci dziwki i sceny seksu (nie, nie ma sceny seksu) doda powieści jakiegoś smaczku. Nie dodało.


Zaklasyfikowałam tę powieść jako romans, bo teoretycznie głównym wątkiem jest miłość Emila i Cait. Ale to tylko umowny wybór. Równie dobrze może to być powieść historyczna, ukazująca społeczeństwo XIX-wiecznego Paryża i Szkocji oraz początkowe niezadowolenie mieszkańców z powodu budowy wieży Eiffela. I różnice w życiu i postrzeganiu ludzi z różnych klas społecznych. Albo naukowa książka o inżynierii i budownictwie. Wydaje mi się, że autorka sama nie potrafiła się zdecydować. Niestety, w żadnym z tych wypadków się jej nie udało. Wiem, co mówię. Widziałam już na studiach dużo książek o inżynierii.


Jedyną ładną rzeczą w tej książce jest okładka. Dobrze prezentuje się na półce. Całe szczęście. 



~*~*~*~*~*~*~*~*~
Próba ognia
Marzec
Romans

Uświadomiłam sobie, że jestem już na tyle duża, że pora poszerzyć horyzonty i sięgnąć książki, które wcześniej omijałam wzrokiem. Chyba, że miały ładne okładki. Uwielbiam ładne okładki. W każdym razie, każdy miesiąc w 2017 upłynie mi (i dzięki temu Wam też) w towarzystwie przynajmniej jednej książki innej niż fantasy (jeden miesiąc - jeden gatunek). Będzie to moja własna Próba ognia. Wiem, że nie jest to tytuł do końca adekwatny, ale bardzo mi się podoba, więc zostanie.

Więcej recenzji w ramach Próby ognia będzie ukazywało się tutaj

Śmierć Marzannom



Nadszedł czas na wiosenny tekst o wiośnie, bo wiosna. I mimo, że zima jeszcze całkiem nie odeszła i czasem dalej szaleje, i próbuje zniszczyć wichrami i nieprzyzwoitymi temperaturami to ludzkie mrowie, które obsiadło Ziemię, to jednak już była wiosna. Przynajmniej przez chwilę. A dzisiaj nawet kalendarz tak mówi. A skoro mówi tak kalendarz, to natura nie ma wyjścia i musi się z tym w końcu pogodzić. Wiadomo przecież, że natura nie ma nic do gadania, jeśli człowiek coś sobie postanowi. Chyba, że mówimy o elfach na Islandii. One tam mają prawo do wetowania ustaw. Serio.

Tak jak wcześniej zima-zła powoli wkradała się w nasze życia, wieczorem roztaczając ulotną woń pierwszych mrozów, a rankiem pozostawiając szron na trawie, tak teraz wiosna już od jakiegoś czasu próbuje dojść do głosu. A ja nie byłabym sobą, gdybym nie wypatrywała każdego najdrobniejszego szczegółu, który pozwoli mi powiedzieć, że to już ten czas. Choćby tego, że niebo jest jakieś takie bardziej bezchmurne i błękitne. I znowu widać samoloty. Albo tego, że zakwitły przebiśniegi (i nie, wcale nie mówię o petach pod moim balkonem, których nie ukrywa już ani śnieg, ani rozkopane fundamenty mojego bloku). Albo tego, że musiałam ratować mojego kota przez niechybną śmiercią, której doświadczyłby, gdyby spróbował upolować pierwszą w tym roku pszczołę, która wleciała przez okno. Mój kot nie jest dobrym myśliwym.

I w końcu nadszedł ten piękny dzień, kiedy oficjalnie mogę zacząć się cieszyć z ciepełka i słonka, bo dzielne przedszkolaki w całej Polsce odprawiły dzisiaj rytuał (który jest jak najbardziej niebestialski i nieokrutny, i odpowiedni dla dzieci) topienia Marzanny, by raz na zawsze uwolnić nas wszystkich od nieurodzaju, klęsk żywiołowych i kolejnej epoki lodowcowej. Marzanna, swoją drogą, jest słowiańską boginią zimy i śmierci. A ludzie nigdy mi nie wierzą, kiedy mówię, że zima to tylko smutek, mróz, depresja i śmierć...

Tak więc, całkowicie bezpieczna, dzięki odwadze pięcioletnich rycerzy, walczących o wyzwolenie, wyruszyłam na poszukiwania wiosny. Rozglądałam się wszędzie za jej wiankiem, plecionym z polnych, świeżych kwiatów. Za dostrzegalnym tylko kątem oka delikatnym materiałem zwiewnej sukni z porannej rosy. Za zostawionym w wilgotnej ziemi śladem bosej stopy. Za puklem jasnych włosów, uniesionym lekkim podmuchem ciepłego wiatru. I co się okazało?

Że wiosna jest chłopcem.

Co? Ale jak to?

A no tak, że topimy tę Marzannę, żeby (dosyć ironicznie) uśmiercić śmierć i zrobić miejsce dla Jaryły, który dla odmiany jest bogiem płodności i wiosny, i gdzie jego stopa postanie, tam kłosy wyrastają w obfitości, a gdy do drzwi zapuka, to niechybnie dziecko w rodzinie się pojawi. Tak więc, jeśli dostrzeżecie jakąś pannę w ciąży, to pewnie będzie jego sprawka.

Mimo tej, poniekąd przykrej, niespodzianki, mogę dalej i wciąż uroczyście oświadczyć, że to już wiosna. Nawet jeśli jeszcze jest trochę nieśmiała/y i niepewna/y, to za niedługo na pewno rozkwitnie w całej obfitości kwiatów, robaków (jestem je w stanie znieść tylko dlatego, że nie mam już dosyć zimy), i dłuższych dni, i cieplejszego słonka. Tylko musimy jej/jemu troszkę pomóc.

Galeria Bronowice ma taką reklamę na bilbordach (tak, na to zwróciłam największą uwagę podczas mojego ostatniego pobytu w Krakowie), że jedna sukienka wiosny nie czyni. Jaka płynie z tego mądrość? Że, żeby wiosna w końcu nadeszła, trzeba kupić więcej niż jedną kiecę. Mam silne poczucie obowiązku, dlatego z tej okazji wybieram się na zakupy. A Wy jak przyczyniacie się do wiosny?

A może, jeśli powiem i powtórzę to wystarczająco dużo razy, wiosna przyjdzie i rozgości się na dobre? Tak więc wiosna. Przyszła wiosna. Zbliża się wiosna. To już wiosna. Wiosenne kwiaty i zapach wiosny, i przebiśniegi, i wiosna. I mokra ziemia, której już nic nie tłamsi ani nie trzyma w ryzach i znów może zacząć się zielenić świeżą trawą i barwić krokusami. I wiosna.

Kocham wiosnę. I to wcale nie dlatego, że w maju mam urodziny. Nie, zupełnie nie o to chodzi.

Ale, żeby nie było tak do końca cudownie i miło na serduszku, muszę zwrócić uwagę na jeden bardzo smutny fakt. Sebastian powiedział mi, kiedy wygrzewaliśmy buzie w pierwszych promieniach wiosennego słońca, że, skoro nadchodzi wiosna, nie będziemy już mogli mieć depresji ani narzekać na cały świat, ani rozpaczać. Głupoty opowiada ten Sebastian. Zaraz zrobi się ciepło i znów będzie można nosić krótkie koszulki odsłaniające brzuszek i krótkie spodenki odsłaniające tyłek. I znów będę mogła płakać i rozpaczać, że nie udało mi się osiągnąć idealnej wagi ładnych pań z internetów i wcale nie wyglądam tak dobrze, jakbym chciała.

Śpiący giganci

 

Śpiący giganci
Sylvain Neuvel
Recenzja

Rose miała jedenaście lat, kiedy dokonała największego odkrycia w dziejach ludzkości. I tak, jak to zazwyczaj bywa, dokonała go przypadkiem. 

Możecie się zastanawiać, jakim cudem dziecko zrobiło coś tak ważnego. I o co właściwie chodzi. Nie, Rose nie była małym geniuszem, który w swoim tajnym laboratorium odkrył nowy pierwiastek albo sklonował człowieka. Rose zrobiła tylko jedną, z pozoru nic nieznaczącą rzecz. Wpadła do wielkiej dziury w lesie. I straciła przytomność. A gdy się ocknęła, okazało się, że to wcale nie wielka dziura, tylko wielka dłoń z czarnego materiału, połyskująca turkusowym blaskiem. W wielkiej dziurze w lesie.

Szesnaście lat później Rose staje na czele grupy badawczej, która ma za zadanie rozwiązać zagadkę tajemniczej dłoni, rozszyfrować język, którym zapisane są znalezione przy artefakcie płyty i odnaleźć pozostałe części ciała. Tak właśnie. Przecież wszystko nie może skończyć się na jednej dłoni. Przy okazji i badania, i poszukiwania muszą odbywać się w tajemnicy (projekt jest ściśle tajny, wspierany przez rząd i armię amerykańską), co jest dosyć trudne. Ciężko przetransportować kilkumetrową łydkę z takiej na przykład Turcji, tak, żeby nikt tego nie zauważył.



Z początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona do sposobu narracji w powieści. Nie ma tutaj trzecioosobowego narratora. Nie ma tutaj też pierwszoosobowego narratora. Nie ma tu w sumie żadnego narratora. Ale w takim razie, jak to działa? Otóż większość książki jest napisana na zasadzie dialogów-wywiadów jakiegoś tajemniczego faceta z poszczególnym członkami zespołu, albo innymi osobami, powiązanymi ze sprawą. Do tego czasami możemy przeczytać fragmenty dzienników osobistych, artykuły w gazetach albo raporty wojskowe. Żadnych opisów postaci. Żadnych opisów krajobrazów. Nawet pełnego opisu znaleziska tu nie ma. A ja lubię opisy. Może nie piętnastostronnicowe elaboraty o faunie i florze Afryki, jak u Sienkiewicza, ale lubię.

Okazało się jednak, że użycie takiej formy dało bardzo dobry efekt. Dzięki temu nasza wyobraźnia ma jeszcze większe pole do popisu, zarówno jeśli chodzi o wygląd postaci czy miejsc, jak i samego giganta. Bohaterów poznajemy jedynie na podstawie ich własnego zachowania w trakcie dialogów albo tego, co mówią o nich inni ludzie w swoich wywiadach. "Obserwowanie" ich podczas rozmowy sprawia też, że wydają się bardziej realni i namacalni. I bardziej z nami związani.


Dzięki dialogom akcja toczy się szybko, a mało znaczące szczegóły zostają po prostu pominięte. Nawet szczególnie makabryczne wydarzenia często są przedstawione tak szybko i... obojętnie, że ledwo zwracasz na nie uwagę. Z reguły mija trochę czasu między danym wydarzeniem a wywiadem, w którym porusza się jego kwestię, więc to całkiem naturalne, że ludzie nie reagują już na nie w bardzo emocjonalny sposób. Dlatego w pierwszej chwili ta czy inna katastrofa w ogóle Ci umyka, gubi się gdzieś pomiędzy rozmowami o pogodzie, jakby była wypowiedziana tym samym tonem, co "popadało dzisiaj trochę, ale biomet ogólnie jest korzystny". Dopiero po sekundzie używasz sekwencji: stop - wróć - przeczytaj jeszcze raz o tym, jak stado słoni w kapeluszach stratowało grupę przeszkolaków na wycieczce.

Tak serio nie było tam żadnych słoni. Ale było kilka zapadniętych domów. I katastrofa lotnicza. W każdym razie, rozumiecie o co chodzi?

Mimo wszystko, taki sposób prowadzenia opowieści wcale nie wydaje się dziwny. Albo chaotyczny. Nadaje natomiast akcji niesamowitego tempa i dosłownie każe ci wstrzymywać oddech i przeczytać wszystko na raz. I w ogóle nie odkładać książki. Dlatego odłożyłam ją tylko raz. W połowie.


Pozostaje jeszcze kwestia najbardziej interesującego bohatera książki. Tego, który pojawia się w prawie każdym rozdziale, a wiemy o nim... nic. To tajemniczy typ, któremu niby nikt nie ufa, ale i tak wszyscy go słuchają i robią dokładnie to, co im każe. Jest naprawdę strasznym gnojem. Sukinsynem bez uczuć, cynikiem, bezdusznym człowiekiem. I nie zdradza o sobie zupełnie nic. Nawet imienia. A przy tym władzę ma nieograniczoną. Tylko nikt nie wie, skąd się ona bierze.

A ja dalej i wciąż... go lubię. Jest ciekawy. Jest tajemniczy. Jest gnojkiem, to fakt. Często bezczelnym i wścibskim. Ale jest też tak niesamowicie inteligentny. To dzięki niemu dialogi są błyskotliwe, często autentycznie zabawne. I jakimś cudem, pomimo całego tego jego nieprzyjemnego usposobienia, ludzie cały czas opowiadają mu o swoich odczuciach, swoim życiu, swoich przemyśleniach. Jakby miał w sobie coś takiego, co zmusza innych do otwarcia się.

Muszę jeszcze dodać, że występują tu nawiązania do starożytnych wierzeń, w tym do mitologii greckiej, której jestem fanką (może zauważyliście), co przekonuje mnie do tej książki jeszcze bardziej. Nic więcej nie powiem, żeby nie psuć Wam zabawy.

Śpiący giganci zdecydowanie zdobyli moje serce. Nie wiem, czy moje wymagania nagle tak strasznie zmalały, czy ta książka jest po prostu taka dobra, ale jestem nią szczerze oczarowana. Może za tydzień już nie będę, jednak zabrałam się za tę recenzję zaraz po odłożeniu Gigantów na półkę (i zrobieniu zdjęcia na insta), więc jestem jeszcze w fazie zachwytu i miłości do niej. To debiutancka powieść Sylvaina Neuvela i, naprawdę, równocześnie gratuluję i zazdroszczę mu takiego debiutu.

A okładka jest przecudowna!

Miejsce kobiety jest w kuchni



Witam, piszę do Was z mojej kuchni (w której jedną ręką tłukę mięso na kotlety a drugą obieram ziemniaki), żeby zaapelować do wszystkich kobiet i przywrócić je do porządku. Koniec szaleństw, moje drogie, czas wracać do garów.

Temat ten został przemaglowany już na wszystkie możliwe sposoby, ale, jako kobieta, jestem za głupia, żeby wymyślić coś bardziej oryginalnego. Dlatego też z okazji tego cudownego dnia (kobiet) zmuszam Was do czytania o... stereotypach dotyczących kobiet. Jest to w pełni moja subiektywna opinia. Do której mam prawo. Bo kobiety w Polsce podobno jakieś prawa mają. Na przykład prawo głosu - co dzisiaj ugotują na obiad.



Kobiety są wredne, kiedy mają okres
Prawda. Ale musicie nas zrozumieć, panowie. Wy nie macie w swoim życiu takiego momentu, w którym brzuch rozpierdala Was od środka, krew wylewa się z Was potokiem przez tydzień, a hormony każą Wam tulić szczeniaczki, zabijać szczeniaczki, a potem płakać, wciskając sobie do ust po trzy ciastka na raz. Zresztą, Wy umieracie, jeśli temperatura skoczy Wam o pół stopnia w górę, więc naprawdę wydaje mi się, że mamy pełne prawo do marudzenia podczas okresu. A jeśli jakiś facet dalej nie jest przekonany, to jestem w stanie opisać to, jak bardzo miesiączki są beznadziejne, dużo bardziej obrazowo.

Jedynym sposobem na osiągnięcie zawodowego sukcesu jest danie dupy wystarczającej liczbie facetów na wystarczająco wysokich stanowiskach 
To w takim razie, komu dali dupy wszyscy ci faceci na wszystkich wysokich stanowiskach? A nie, zapomniałam, że panom to się należy z automatu i nie chodzi tu ani o osiągnięcia, ani o inteligencję, ani o innowacyjne pomysły.

Miejsce kobiety jest w kuchni
Co w tym złego? To w kuchni jest jedzenie. Czy w całym domu istnieje cudowniejsze miejsce?
A tak naprawdę, większość najznamienitszych mistrzów kuchni jest mężczyznami, więc nikt nie powie mi, że tylko Graże potrafią kulać kluski i smażyć schabowego co niedzielę. Najlepszym przykładem tego, że ten stereotyp to bzdura, jestem ja. Mogę przyrządzić całe pięć potraw. Wszystkie są wariacjami z kurczakiem w roli głównej (z reguły różnią się wielkością kawałków, w które ten kurczak jest pokrojony). O i jeszcze jajecznicę.

Blondynki są głupie
Głupi był ewidentnie ten, kto to wymyślił. Tak samo głupia może być brunetka. Albo ruda. Albo blondyn. Albo szatyn. Nawet łysy Sebix spod monopolowego może być głupi.

Nie orientują się w przestrzeni
Eee, nie. Przyznaję, że zdarza nam się pomylić kierunki. I nie każda z nas wie, czy mech na pniu drzewa wskazuje wschód czy zachód. Ale niech któryś z panów powie mi, jaka jest najkrótsza droga z mrożonek na świeczki zapachowe w Tesco. Nie wiecie? Właśnie.

Szukają bogatego męża
Prawda. Koniec.

Marzą o tym, żeby nie pracować tylko zajmować się domem
Oczywiście, bo kto nie chciałby do końca życia spędzać czasu tylko na praniu, prasowaniu, myciu garów i wąchaniu śmierdzących pieluch? I byciu całkowicie zależnym od silnego, wielkiego mężczyzny, harującego na całą rodzinę. Ten układ sprawdza się pewnie tylko wtedy, kiedy "zajmowanie się domem" polega na doglądaniu pracy gosposi, a większość czasu pochłania chodzenie na brunche. I kupowanie nowych Channeli. I peeling kwasami owocowymi u kosmetyczki. I powiększanie biustu.
I nie, nie każda kobieta musi urodzić drużynę piłkarską, żeby w końcu czuć się spełniona. Poród boli, wiecie? A jedenaście porodów boli jedenaście razy.

Każdy facet, do którego się odezwą, to potencjalny kandydat na chłopaka i przyszłego męża
Nie. Nie pochlebiajcie sobie. Chyba że jesteście obrzydliwie bogaci. Wtedy automatycznie awansujecie do rangi "potencjalny mąż i miłość do końca życia, i ślub w Mediolanie".

Są chorobliwie zazdrosne
Prawda. Na szczęście większość z nas potrafi to w mniejszym lub większym stopniu ukryć i nie wyjść na kompletną psychopatkę. A jeśli "tylko koleżanka z pracy" okaże się nie być tylko koleżanką z pracy, to zawsze będziemy mogły powiedzieć, że i tak wiedziałyśmy, że tak się stanie. Wiecie, kobieca intuicja i te sprawy.

Cały czas pierdolą o głupotach
Natomiast to, jak w trzeciej minucie Lewandowski strzelił z karnego, a w piatej było słychać strzały to wywód na poziomie pracy doktorskiej z fizyki kwantowej.

Nie potrafią prowadzić samochodu
Naprawdę nie wiem, skąd to się bierze. Przecież jesteśmy multi-zadaniowe i potrafimy równocześnie prać, prasować, gotować obiad i oglądać Pierwszą miłość w telewizji. A gdy wsiadamy do auta, nagle przerasta nas równoczesne patrzenie na drogę, ogarnianie trzech pedałów (a przecież geje to najlepsi przyjaciele kobiety) i skrzyni biegów. Nie zawsze, oczywiście. Moja mama na przykład jest jak kierowca rajdowy i jestem przekonana, że, kiedy mówi, że kupuje włoszczyznę w Auchanie, tak naprawdę wygrywa nielegalne wyścigi. Ja natomiast już nie boję się, że zabiję przynajmniej pięć osób, za każdym razem gdy siadam za kierownicą. Ale dalej nie potrafię parkować. I nie wstydzę się do tego przyznać. W końcu jestem kobietą, więc nikt nie wymaga ode mnie umiejętności parkowania.

Zawsze boli je głowa
Może to będzie niesamowite zaskoczenie, ale... kobiety lubią seks. I coraz częściej nie boją się o tym mówić. Mimo, że dla większości społeczeństwa dalej i wciąż każda kobieta, która jawnie przyznaje się do czerpania przyjemności z seksu jest bezwstydną ladacznicą. Dlatego, jeśli ciągle boli ją głowa, to może po prostu jej facetowi wydaje się, że jest królem łóżka, bo posiadł tajemną wiedzę, gdzie wsadzić. I nic poza tym. Wtedy ból głowy jest nieunikniony. I wydaje się nawet lepszą opcją.


Nie będę składała wszystkim kobietom życzeń, bo, niespodzianka, też jestem kobietą. Dlatego dalej czekam na kwiatki, miłe słowa, stosy prezentów i komplementy. I ciastka. Ale pamiętajcie, dziewczyny, Kopernik była kobietą.

Historia pana B.



Historia pana B. Clive Barker
Recenzja
~*~
Próba ognia
Luty

SPAL   TĘ   KSIĄŻKĘ.
Pośpiesz się. Zrób to. Teraz, póki jeszcze czas. Spal ją. Nie patrz na kolejne słowo. Słyszysz, co mówię? Ani. Słowa. Więcej.
Na co czekasz? To nic trudnego. Po prostu przestań czytać i spal książkę. To dla twojego dobra, uwierz mi. Nie, nie mogę wyjaśnić dlaczego. Nie mamy czasu na wyjaśnienia. Każda kolejna sylaba, po której pozwalasz błądzić swym oczom, to krok ku coraz większym kłopotom. Kiedy zaś mówię "kłopoty", mam na myśli rzeczy tak zatrważające, że gdy tylko je zobaczysz, gdy tylko je poczujesz, twoje zmysły cię opuszczą. Oszalejesz. 

Nie spaliłam tej książki. Tak. Jestem taką odważną osobą. Albo głupią. Słyszałam różne opinie. W każdym razie, może nie będzie dla Was zaskoczeniem to, że po tych słowach chciałam ją przeczytać jeszcze bardziej. Co też uczyniłam.

I okazało się, że wcale nie była jakaś niesamowita...

To znaczy, pomysł jest całkiem dobry. W końcu to demon przemawia do Ciebie z kart książki niczym Tom Riddle ze swojego horkruksa-dziennika (to nie jest spojler, dowiadujemy się tego chyba na trzeciej stronie. To znaczy tego, że mamy do czynienia z przedstawicielem Demonacji). Ale sam sposób przedstawienia tego gatunku i piekła jest... rozczarowujący. Piekielne czeluście wcale nie są jakieś przerażające, mroczne i gorejące wiecznym ogniem, i wcale nie słychać w nich jęków dręczonych dusz. Stoi tam natomiast rodzinna chatka głównego bohatera, Jakaboka Botcha, a za nią rozciąga się wysypisko śmieci. Demony są mało demoniczne, wiodą bardzo ludzkie życie, chodzą do pracy, szkoły, zakochują się, tworzą rodziny. Z tą różnicą, że żyją w piekle. I mają ogony. I łuski. Tylko jakoś nie przeszkadza im to w niezauważonym paradowaniu między ludźmi. Ale o tym potem.

Cała idea polega na tym, że Jakabok próbuje przekonać czytelnika do spalenia książki, w której jest uwięziony za jakieś straszne zbrodnie. Mówi, że dzięki temu będzie mógł zakończyć swój marny żywot i spocząć w pokoju, zamiast przez wieczność być zlepkiem kartek i plamami atramentu, które ożywają tylko, gdy ktoś decyduje się otworzyć książkę. Pierwsze strony nie różnią się od siebie jakoś zasadniczo. Przez większość czasu jedyne, co możemy przeczytać to "spal tę książkę", albo "spal tę książkę". Ewentualnie (tam tam tam tam) "spal tę książkę". Potem Jakabok zaczyna stosować różne metody, żeby nakłonić czytelnika do popełnienia tego czynu, zaczynając od troski o życie i moralność odbiorcy, poprzez pochlebstwa, próby przekupienia, na groźbach kończąc.

W międzyczasie​ opowiada historię swojego życia w nadziei, że w ten sposób uda mu się nakłonić czytelnika do spełnienia jego prośby. Dowiadujemy się więc o jego trudnym dzieciństwie w Dziewiątym Kręgu piekła, ojcu alkoholiku i nieszczęśliwym wypadku, który sprawił, że Jakabok został oszpecony do końca życia. O tym, jak podstępem został zaciągnięty do Świata Na Górze w średniowieczne realia, gdzie ludzie byli jeszcze w pełni świadomi obecności demonów i aniołów. O tym, jak od tego czasu musiał walczyć o życie, o jego podróży po całym świecie w poszukiwaniu coraz to nowych wynalazków ludzkości, o trudnej miłości. I o wynalazku tak niesamowicie ważnym, że mógł doprowadzić do końca świata, ale na szczęście ostatecznie zmienił go tylko w nieodwracalny sposób.

To podobno horror. Podobno jednego z poczytnych mistrzów gatunku. Zdaję sobie sprawę z tego, że dużo trudniej przerazić kogoś za pomocą samych słów, bez żadnych creepy zarośniętych dziewczynek, wychodzących z telewizora, ciszy budującej napięcie i efektów specjalnych. Tak, napisanie dobrej książki-horroru musi być zdecydowanie trudniejsze od nagrania filmu-horroru. I może z tego powodu nie powinnam być zbyt krytyczna. Ale nie zrobiły na mnie wrażenia ani opisy strasznych czynów, którymi tak bardzo chwali się Jakabok, gdy próbuje być groźny, ani fakt, że zarżnął ze dwa tuziny niemowląt, żeby wykąpać się w ich krwi, ani opisy wyglądu przeróżnych piekielnych stworów. Z ręką na sercu muszę przyznać, że w całej książce był tylko jeden moment, w którym moje serduszko zaczęło bić szybciej, a jako, że była już 3 w nocy (godzina duchów) i wszyscy domownicy spali, to tchórzliwie stwierdziłam, że na dzisiaj wystarczy. W każdym razie, jeden taki fragment na dwieście stron to trochę słaby wynik, jak na mistrza horroru.

W dodatku najwyraźniej nie jestem fanką stylu pisania Clive'a Barkera. Momentami wydarzenia dzieją się szybko i bez jakiegoś logicznego połączenia, opisy są... dziwne, historie urwane i jakby zbyt groteskowe, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to życiorys demona. Gdy Jakabok chwalił się swoimi strasznymi, mrożącymi krew w żyłach czynami, myślałam tylko: oh, nie mógł się bardziej postarać? Sama nie do końca wiedząc, czy mam na myśli demona czy dużo bardziej przyziemnego pisarza.

Muszę jednak przyznać, że bardzo ciekawym zabiegiem jest ciągła "rozmowa" Jakaboka z czytelnikiem. Demon prowadzi monolog, ale cały czas zwraca się w naszą stronę, zadaje pytania, mówi, że potrafi zauważyć naszą reakcję na swoje słowa (nie zawsze do końca trafnie), czuje, kiedy mocniej zaciskamy dłonie na książce, kiedy nasz oddech przyspiesza. Sprawia to, że czytając nie czujemy się tak naprawdę sami. Jakby cały czas ktoś siedział razem z nami. Jakby można było stwierdzić obecność jeszcze kogoś.

Głównie ze względu na ten fakt było to całkiem ciekawe doświadczenie, mimo, że nie jest to ani najbardziej przerażająca rzecz w moim życiu, ani najlepsze dzieło pisarskie, jakie miałam okazję przeczytać. Nie mogę więc powiedzieć, że nie polecam tej książki. Może po prostu duża ilość dziwnych filmów, które obejrzałam, jakoś uodporniła mnie na działanie obrzydliwych opisów i potwornych potworności...

Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się sięgnąć po Historię pana B., pamiętajcie tylko, żeby nie dać się skusić, jeśli demon ofiaruje Wam coś w zamian za przysługę. Podobno zaprzedanie duszy nigdy nie kończy się dobrze.

~*~*~*~*~*~*~*~*~
Próba ognia
Luty
Horror

Uświadomiłam sobie, że jestem już na tyle duża, że pora poszerzyć horyzonty i sięgnąć książki, które wcześniej omijałam wzrokiem. Chyba, że miały ładne okładki. Uwielbiam ładne okładki. W każdym razie, każdy miesiąc w 2017 upłynie mi (i dzięki temu Wam też) w towarzystwie przynajmniej jednej książki innej niż fantasy (jeden miesiąc - jeden gatunek). Będzie to moja własna Próba ognia. Wiem, że nie jest to tytuł do końca adekwatny, ale bardzo mi się podoba, więc zostanie.

Więcej recenzji w ramach Próby ognia będzie ukazywało się tutaj

Szklanka w trzech czwartych pusta


Są takie momenty w życiu, kiedy uświadamiasz sobie, że czas nie biegnie dla Ciebie wolniej niż dla innych a to, że codziennie zostaje Ci go coraz mniej, to nie jakiś błahy frazes. A to dostrzegasz w lustrze jakiś połysk, kiedy się czeszesz i okazuje się, że to włos, który wcale nie jest upierdolony, tylko zwyczajnie siwy. A to zdajesz sobie sprawę, że to marszczenie czoła, kiedy robisz minę suki, zostawia po sobie coraz bardziej zauważalny ślad. Albo gwiżdżą na Ciebie szczyle z samochodówki i możesz powiedzieć, że to szczyle z samochodówki, bo w najlepszym przypadku są od Ciebie tylko dwa lata młodsi. Chyba, że nie zdali parę razy.

I może nie każda taka chwila wpływa na Ciebie w danym momencie, i nie każda sprawia, że wpadasz w nostalgię i sentymentalne rozmyślania nad sensem własnego życia (chyba, że chodzi o siwy włos, wtedy już wypada smarować się piachem). Ale gdzieś, za którymś razem zaczynasz się zastanawiać i rewidować, i liczyć, jaki procent Twoich marzeń i ambicji faktycznie już spełniłeś, a jaki dalej pozostaje w eterycznej i ulotnej sferze rzeczy odległych i nieosiągalnych.

Powiem tyle, nie mam szczególnych problemów z matematyką, ale nie trzeba być orłem, żeby doliczyć się tego, że moje procenty układają się w niezadowalającej proporcji. Słowem: kapa. Dwoma słowami: shit happens. Trzema: trudno spełniać marzenia.

Ale nie lubię ograniczać się do tak małej liczby słów.

Są w sumie trzy kluczowe, najważniejsze rzeczy, które chciałabym osiągnąć w moim życiu. Dla odpowiedniego uporządkowania i przejrzystości przedstawię je w punktach (w przypadkowej kolejności, bez jakiegokolwiek hierarchizowania).

1. Chciałabym wydać kiedyś książkę, w której cały świat się zakocha i będzie błagał o kontynuację, i na której zarobię grube miliony. Nie, żartuję, chciałabym wydać książkę, w której zakocha się ktokolwiek i którą pochwali ktokolwiek (oprócz Sebastiana, który na razie jako jedyny słuchał moich pomysłów i rozkminiał ze mną tysiąc możliwych rozwiązań i powiązań, i outfitów Seleny Gomez, kiedy już zagra w ekranizacji - to jego pomysł z wyborem aktorki!). I chciałabym to zrobić, dlatego, że dalej i wciąż nie znalazłam rzeczy, którą kochałabym bardziej niż to pisanie.

2. Chciałabym stworzyć z moim tatą dobrze prosperującą firmę, zajmującą się projektowaniem rozwiązań i instalacji bazujących na odwróconej osmozie i innych mądrych terminach oraz zjawiskach, o których wspominać nie będę (dla uproszczenia nazwijmy ją po prostu firmą chemiczną). Bo to jego największe marzenie. Bo nie chcę być polonistką. A z pisania książek w Polsce średnio da się wyżyć. Zresztą najpierw musiałabym coś napisać. I zawsze chciałam, żeby z tyłu, na okładce mojej książki, w tym krótkim fragmencie o autorze było bardziej coś w stylu "no proszę, proszę, pisze książki a studiowała technologię i inżynierię chemiczną" niż "kolejna pisarka po filologii" (nie obrażam żadnego studenta, absolwenta ani wykładowcy jakiejkolwiek filologii). No i przecież w końcu po coś poszłam na te studia...

3. Chciałabym, a raczej chciałam (bardzo optymistycznie), założyć rodzinę tak mniej więcej do dwudziestego piątego roku życia. Ale okazuje się, że za niecałe trzy miesiące będę miała 22 lata, a idealnego księcia z bajki w mercedesie, który jest gotów ofiarować mi swoje serce, pierścionek zaręczynowy i poemat o tym, jak to zamierza spędzić ze mną resztę życia, jak nie było, tak nie ma. I może to dziwne, że właśnie to mi się marzy, bo przecież teraz wszyscy mają czas i chcą mieć jak najwięcej czasu. Na karierę, na szaleństwa, na beztroskie życie, imprezy i największą odpowiedzialność w postaci złotej rybki. I ja też chciałabym mieć na to wszystko mnóstwo tego cennego czasu. Ale nie kosztem tego, że moje może-przyszłe-wyimaginowane-nie-wiadomo-czy-kiedykolwiek-realne dzieci będą musiały się codziennie zastanawiać, jak długo będą mogły się jeszcze cieszyć obecnością swoich rodziców. Albo że nigdy nie poznają swoich dziadków. To całkiem nieciekawa rzecz.

Koniec końców, ludzie młodsi ode mnie są znani na całym świecie, mieszkają w willach, wydają swoje własne linie kosmetyków, zaręczają się, mają dzieci i zarabiają pierwsze miliony w założonych przez siebie firmach. A ja nie jestem ani troszkę bliżej spełnienia któregokolwiek ze swoich marzeń. Oprócz tego, że kończy się piąty semestr moich studiów.

Ale to nie jest najgorsze, więc jeśli myśleliście, że to koniec użalania się nad życiem i krętymi ścieżkami jego, i dnia codziennego rozczarowaniami, to nie poznaliście jeszcze zupełnie mojej szklanki do połowy pustej. Chociaż pewnie byłaby pusta w trzech czwartych, znając moje szczęście. Najgorsze jest to, że kiedyś w końcu każdy z nas musi stać się realistą. Bo świat jest zły i tak dalej. Nawet osoba, której w sumie zazwyczaj wszystko wychodzi i w sumie z reguły dostaje wszystko, co chce. A realistycznie nie jestem w stanie zrobić wszystkich tych trzech rzeczy, które sobie wymarzyłam. Realistycznie z czegoś trzeba zrezygnować.

A bardzo trudno jest z zimną krwią i wyrachowaną kalkulacją rezygnować ze swoich marzeń.

Jak się kochać?


Przyszedł luty i mimo, że mi kojarzy się dalej tylko z mrozem, śniegiem i skostniałymi palcami, którymi niezdarnie staram się znaleźć w kieszeni grubej kurtki klucze do domu, to dla świata to podobno miesiąc miłości. Bo Walentynki. Bo w sklepach serduszka i czekoladki w kształcie serduszek, i misie w kształcie serduszek, i kwiatki w kształcie serduszek. A w Żabce sprzedają nawet romantyczne walentynkowe dwupaki browarów. 

Gdyby ktoś chciał poznać moje zdanie, to wydaje mi się, że arktyczne temperatury wcale nie wprowadzają w radosny klimat miłosnych igraszek, a nawet najbardziej żarliwe i namiętne uczucia nie są w stanie rozgrzać na wpół zamarzniętych serduszek. Ani tym bardziej palców u rąk. Walentynki ewidentnie powinny zostać przeniesione w bardziej sprzyjające warunki. Proponuję wiosnę. Kwiatki i słonko nastrajają dużo bardziej optymistycznie. Chyba, że chodzi o to, żeby w tym mroku śnieżnej zamieci, śmierci i oblodzonych szyb samochodów o 7 rano odnaleźć jakąś namiastkę szczęścia?

Ostatnio panuje taka moda, żeby podchodzić do Walentynek z przymrużeniem oka, trochę prześmiewczo i trochę z pogardą. Bo co to za ckliwa głupota, całe to święto zakochanych, z przesłodzonymi kartkami walentynkowymi, rymowankami z internetów i ogromnymi kolejkami do kina na kolejną część Grey'a? Po co to komu, skoro kochać powinno się cały rok, a nie tylko w ten jeden dzień? I z tym ostatnim zdaniem się zgadzam. Ale dokładnie to samo można powiedzieć o Dniu Matki, Ojca, Dziecka, Babci i Dziadka, i Nauczyciela, i całej reszcie dni w roku, kiedy mamy okazję wyrazić naszą miłość lub wdzięczność do określonej osoby. Ja lubię Walentynki. I, uwaga, lubiłam je zawsze, nawet wtedy, kiedy niekoniecznie miałam je z kim świętować. To po prostu całkiem miłe święto.

Nie zawsze musiałam spędzać ten dzień sama. Nie musiałam go również spędzać z grupą koleżanek, jedząc lody, oglądając komedie romantyczne i hejtując świat, życie i facetów. Nie mówię, że w tych babskich walentynkowych wieczorkach jest coś złego. Każda kobieta musi kiedyś pohejtować wszystkich mężczyzn tego świata, a aura tego dnia wydaje się całkiem odpowiednia. Pewnie też robiłabym coś takiego, gdybym miała grupę koleżanek, pudło lodów orzechowych i wolny wieczór.

Ale jeśli myślicie, że ten post ma na celu hejtowanie Dnia Zakochanych i misiów z napisem Kocham Cię, albo zachwalanie tego dnia, nawoływanie do miłości i obdarowywania się nawzajem drogimi prezentami (nie muszą być drogie, tylko pamiętajcie panowie, dziewczyny zazwyczaj lubią kwiatki... i biżuterię, i słodycze), albo bycie poradnikiem dla zdesperowanych, którzy jeszcze nie wymyślili, gdzie zabrać swoją drugą połówkę, to bardzo się mylicie. Po prostu stwierdziłam, że zbliżające się Walentynki to dobry moment, żeby poruszyć temat pytania, które kiedyś otrzymałam:

Jak mam Cię kochać, skoro nie kochasz sama siebie?

Wiecie: Walentynki, miłość, miłość do bliźniego, miłość do siebie, ktoś nas kocha, jesteśmy kochani, kochamy się sami, nanana. W każdym razie, ten dzień wydaje się jakiś lepszy od innych, żeby w końcu troszkę o tym podywagować, tym bardziej, że mam ten temat w głowie już od co najmniej roku.

Było to bardzo trafne i bardzo prawdziwe pytanie, bo nie jestem osobą, która grzeszy zbyt dużą pewnością siebie. Mogę się z ręką na sercu przyznać, że w tym akurat przypadku nie grzeszę wcale. Ale dobrze udaję. I na początku to udawanie zazwyczaj wystarcza.

Jednak, jeśli jesteśmy już z kimś wystarczająco długo i dajemy się poznać wystarczająco dobrze, takie rzeczy w końcu wychodzą. Nasza niepewność, nasze kompleksy, nasza bardzo szczupła strefa komfortu, nasza nieśmiałość. Fakt tego, że sami się nie akceptujemy i nie lubimy. A skoro sami się nie lubimy, to dlaczego oczekujemy, że ktoś inny będzie nas lubił?

Jasne, że chcemy, żeby znalazła się taka osoba, która pokocha nas, mimo tych wszystkich wad i rzeczy, których sami nienawidzimy. Czasami w takich osobach szukamy sensu, którego sami nie potrafimy nadać swojemu życiu i tej miłości, której nie potrafimy znaleźć w sobie. Bo może, jeżeli pokocha nas ktoś inny, to będziemy dla siebie mniej surowi i okrutni. Może będziemy w stanie utwierdzić się w przekonaniu, że jednak jesteśmy coś warci.

Niestety, dopóki nie udowodnimy sami sobie, że jesteśmy wartościowymi, ciekawymi osobami, nikt inny się nie nabierze. Nawet jeśli potrafimy bardzo dobrze udawać. I jakkolwiek banalnie, głupio czy krypto-motywacyjnie by to nie brzmiało, to dopóki nie zaakceptujemy albo nie zwalczymy swoich wad i niepewności, i nie nauczymy się kochać siebie, nikt inny nie będzie w stanie nas pokochać.

Irytują nas osoby bardzo pewne siebie. Te, którym nie wypada nawet prawić komplementów, bo przecież i tak doskonale wiedzą, jakie są super i niezwykłe. Ale prawda jest taka, że nieważne, jak bardzo wkurzałoby nas to ich zapatrzenie w siebie i przekonanie o własnej wartości, to właśnie tym ludziom jest w życiu najłatwiej. Tam, gdzie inni zastanawiają się tysiąc razy, boją, marudzą, rozmyślają i w końcu rezygnują, oni wpadają bez zastanowienia. I osiągają więcej.

Chociaż nie można popadać ze skrajności w skrajność (kolejna rzecz, którą kiedyś o sobie usłyszałam!), bo taka zbytnia pewność siebie też nie przysporzy nam zbyt wielu adoratorów. Bardzo ciężko żyje się z taką osobą.

A tak swoją drogą, to podobno najlepszym sposobem na nabranie pewności siebie jest patrzenie co rano na swoje odbicie w lustrze i mówienie sobie: jesteś super, jesteś piękna, ze wszystkim dasz sobie radę. Nie wiem, na ile to się sprawdza, bo rano staram się unikać luster. Najchętniej zasłoniłabym je wszystkie i malowała się z zamkniętymi oczami. Tak na wszelki wypadek.

Zaimki dzierżawcze


Uwielbiam określenie mój chłopiec. Pomijam tutaj fakt, że faceci, z którymi się umawiam, są z reguły w wieku równym lub większym od mojego. W celach poglądowych podaje wzór matematyczny:
 y
x - mój wiek
y - wiek chłopca

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że w powyższej sytuacji słowo chłopiec może nie być do końca odpowiednie, jako że swoje dziecięce lata mają już raczej za sobą. Przynajmniej fizycznie. Wiadomo, że, jeśli chodzi o aspekty psychologiczne, to chłopcy dorastają później od dziewczynek.

Chciałabym się jednak skupić na pierwszej części tego określenia, na słowie mój, czyli tytułowym zaimku dzierżawczym. To zwykła część mowy, niby normalna jak każda inna, krótka, niepozorna, w sumie ma tylko trzy litery i wydawałoby się, że najpoważniejszym problemem, jaki może spowodować, jest rozkmina, czy to miodowe ó czy może jednak ulowe u. A jednak potrafi wywołać burzę. Bo kiedyś, kiedy użyłam zwrotu mój chłopiec, usłyszałam w odpowiedzi: "Ale ja nie jestem niczyją własnością".

Powszechnie znanym faktem (pełno o tym artykułów w gazetach dla pań, kobiet i nastolatek) jest to, że faceci boją się zaangażowania. Że słowa takie jak miłośćzwiązekpoznanie rodzicówklucze do mieszkania albo, nie daj Boże, domrodzinadzieci czy pies, wywołują u nich panikę i bezwarunkowy odruch, zapisany w ich genach, czyli uciekanie jak najszybciej i nieoglądanie się za siebie. I usunięcie ze znajomych na fejsie. I odobserwowanie na instagramie. Wcale nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że to tylko faceci boją się angażować. Ale to też nie jest temat do rozważań w tym poście.

Faktycznie, tak to czasem bywa na tym świecie, że bycie czyimś może sprawić, że poczujemy się uwiązani i nie do końca wolni. Jakbyśmy cały czas musieli pytać kogoś o zdanie i nie mogli sami decydować o swoim życiu. A nawet jeżeli możemy podejmować własne decyzje, to i tak musimy się liczyć z drugą osobą. Prawda, brzmi to naprawdę przestrasznie. Co z tego, że to w sumie na tym polega związek. To znaczy na tym, żeby myśleć nie tylko o sobie. Między innymi. Polega też na tym, żeby się dużo tulić. I chodzić na filmy do kina.

Znaczenie zaimka dzierżawczego faktycznie można interpretować jako bycie czyjąś własnością. Jednak słownikowa definicja mówi, że jest to zaimek wskazujący na przynależność czegoś lub kogoś do danej osoby lub rzeczy. Z kolei fakt przynależenia jest jedną z wyższych wartości w piramidzie potrzeb Maslowa. Człowiek jest zaprojektowany tak, że chce gdzieś przynależeć, chce mieć swoją grupę, swoją społeczność, potrzebuje uznania i akceptacji. Czy w takim razie przynależenie do jakiejś osoby jest naprawdę takie złe? Co jest takiego strasznego w fakcie, że ktoś jest nam na tyle bliski, że, mówiąc o nas, może użyć tego małego zaimka?

Wydaje mi się nawet, że to całkiem miłe, tak być czyjąś. I nie mówię tu tylko o byciu czyjąś dziewczyną, kobietą czy żoną. Takie myślenie i skojarzenie to skutek modelu patriarchalnego, który przecież staramy się obalać. W każdym razie, w moim pojmowaniu tego fenomenu przynależności, bycie czyimś daje poczucie bezpieczeństwa, zrozumienia, swojego własnego miejsca w tym strasznym i okrutnym świecie. I zupełnie nie sprawia, że czuję się zduszona, stłamszona czy zniewolona. 

Oczywiście bardzo stosowne w tej sytuacji jest użycie cytatu z Małego księcia, jako że Mały książę jest książką, z której piękne zdania wypływają potokami i próbują wlać się w każde możliwe miejsce i serduszko.

"Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie..."

Bycie czyimś nawet brzmi dużo ładniej niż po prostu bycie.
Mój przyjaciel zawsze będzie lepszy niż przyjaciel.
Mój koteł to nie jest jakiś pierwszy lepszy kot. Mimo, że kocham wszystkie koteły tego świata.
Mój dom przestaje być tylko budynkiem (jakkolwiek patetycznie i poetycko by to nie brzmiało).
mój chłopiec... cóż, będzie po prostu mój. I to nie w chłodnym znaczeniu zaimka dzierżawczego, tylko w znaczeniu wszystkich wspólnych chwil, obejrzanych razem seriali, godzin spędzonych na rozmowach, opowiedzianych żartów i randomowo rzuconych głupich tekstów, rzeczy, które robi się tylko razem i rzeczy, które robi się z innymi, ale dalej razem. I tego uczucia, że właśnie do kogoś się należy i ma się swój kąt na ziemi, i męską bluzę, w którą można wtulić głowę (uważając na tapetę), gdy na świecie jest źle albo gdy po prostu ma się na to ochotę.
Skoro wiedział o tym mówiący lis, to czemu dla człowieka nie jest to takie oczywiste?

Zaimek dzierżawczy nacechowany emocjami nie nadaje nam aktu własności i prawa do niepodzielnego zarządzania tą własnością. W tym przypadku zaimek przestaje być zaimkiem a staje się kolejnym dowodem przywiązania, kolejnym etapem znajomości. Kolejnym efektem oswajania. Trzeba się postarać, żeby móc stać się czyimś. 

@puszka.pandory