O pasji i braku pasji


Kiedyś miałam pasję. Miałam ambitne plany na przyszłość. Wszystko ustalone i poukładane w głowie. Prosta ścieżka do celu, do szczęścia i sławy. Ale to nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, że kiedyś miałam niezachwianą pewność, że stanie się dokładnie tak, jak to sobie wymyśliłam. Przecież to było takie oczywiste, że wszystko musi potoczyć się tak, a nie inaczej!

Kiedyś uwielbiałam pisać. Nie, to nie tak. Ja byłam uzależniona od pisania! I było to cudowne i zdrowe uzależnienie (na pewno lepsze od fajek i telefonu… albo głupich memów z kotami). Kiedyś miałam poczucie, że jeśli nie opiszę jakiegoś wydarzenia w pamiętniku, to nie będzie ono tak naprawdę częścią mojego życia. Jakby nigdy nie miało miejsca.

Zresztą moja przygoda zaczęła się naprawdę wcześnie. Już od bobasa pisałam opowiadania. To znaczy, najpierw rysowałam obrazki, a rodzice uwieczniali na nich moje historyjki. Potem nauczyłam się stawiać litery i nagle okazało się, że jedyną rzeczą, która w jakikolwiek sposób mogłaby mnie ograniczać, jest moja wyobraźnia. Tak więc, dopóki miałam pomysł, mogłam pisać. A pomysłów miałam miliony. Z reguły nie byłam w stanie dokończyć jednego, bo musiałam zacząć trzy kolejne. I to był mój plan na życie. Robić to, co kocham najbardziej na świecie.

Ale potem zaczęło się dorastanie. Pojawiło się zrozumienie. Zrozumienie, że życie nie zawsze jest takie proste i nie zawsze układa się idealnie tak, jak to zaplanowaliśmy. Że czasem nie układa się wcale. Czytałam mnóstwo. Pożerałam takie ilości książek, jakie ilości fastfoodów pożerają amerykańskie nastolatki. I z każdą kolejną książką pojawiało się coraz większe zniechęcenie. Z każdym kolejnym pięknym zdaniem albo nieoczekiwanym zwrotem akcji, które stworzył ktoś inny, zniechęcenie coraz bardziej dawało o sobie znać. Bo niby jak mogłabym napisać coś równie dobrego? Jak mogło mi się wydawać, że mam jakiekolwiek szanse, żeby się wybić?

Potem stało się jeszcze kilka innych głupich rzeczy, które sprawiły, że przestałam pisać zupełnie. Że teraz muszę się zmuszać, żeby sklecić te kilka zdań na pół strony. I za każdym razem, gdy staram się siąść do którejś z „książek”, które miały być moją przyszłością, nagle okazuje się, że nie widziałam najnowszych postów na bezużytecznej. Albo nie zrobiłam questa.
 
Jedynym powodem, dla którego piszę teraz o tym wszystkim, jest książka, którą wyczaiłam w empiku. Czytałam sobie właśnie w internetach opinie o niej i ktoś napisał o „młodej autorce” tejże książki. Pomyślałam sobie: „ciekawe, co dla nich oznacza młoda”. Okazało się, że oznacza to 24-latkę. 24-latkę z dwiema książkami na koncie. I znów pojawiło się zniechęcenie. I zwątpienie. I pełno innego gówna. Bo przecież mam już 20 lat i zero książek na koncie. Ba, nie rozpędzajmy się tak, nie mówmy od razu o książkach. Nie mam na koncie nawet trzech pełnych rozdziałów. A na blogu jednego (tego właśnie) posta.

Nie wiem w sumie, co ten wpis miał na celu, poza wylaniem żalu, który gromadzi się w moim sercu, za każdym razem, gdy słyszę: „Nie masz pasji”, „Znajdź sobie pasję”.


Chyba po prostu chciałabym nigdy nie poznać znaczenia słów zniechęcenie i zwątpienie. 

<Na zdjęciu moja pierwsza książka. Rok wydania 2003>

Fot. lebiophotoworks.blogspot.com

Przeczytaj też

2 komentarze:

  1. Co do pisania w Polsce, jesteśmy o tyle ciekawym narodem, że każdy u nas pisze książki i nikt u nas nie czyta książek :) Mam dokładnie ten sam problem. Co popełnię jakiś rozdział, stronę, jakikolwiek tekst, to albo zaraz mi się znudzi, albo go gdzieś zgubię, albo OOOO INTERNET.
    Prokrastynacja i słomiany zapał to kiepska droga życiowa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do sklejenia czegoś oryginalnego przypomina mi się fragment Transatlantyku, w którym Gombrowicz prowadzi pojedynek na słowa z jakimś znanym literatem na balu. Co mu nasz Polak powiedział, tamten szperał w księgach i znajdywał dokładnie takie samo zdanie zarzucając mu nieoryginalność.
    Może musisz pisać ciągle z wiarą, że twój talent się rozwija - jak dziecko, niezauważalnie. Powodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń

@booksoverhoes