szczęśliwe życie = partner x przyjaciel^2


Poziom moich zdolności matematycznych był zawsze na jak najbardziej dobrym poziomie i nie miałam zbyt dużych problemów z liczeniem, ale od paru lat zadaję sobie pytanie, na które chyba nigdy nie znajdę odpowiedzi: czy jest jakiś magiczny wzór na wyliczenie stosunku uwagi poświęcanej przyjaciołom do czasu spędzanego z drugą połówką, który daje maksymalny poziom zadowolenia obydwu stron? I jeszcze najbardziej zainteresowanej osoby x?

O przyjaźni mówi się dużo, często i pięknie. Jest wieczna i prawdziwa, i szczera, i cudowna. Nie wiem, kto to wszystko wymyśla… Tak naprawdę przyjaciele to osoby, które wkurzają Cię najbardziej na świecie, bezczelnie wyjadają jedzenie z Twojej lodówki, zawsze wiedzą, gdzie chowasz przed nimi najlepsze słodycze, nigdy nie chcą wyjść z Twojego domu, grzebią w Twojej szafie bez pytania, "pożyczają" ubrania i ciągle na nich narzekasz. Ale jeśli ktoś powie Ci, żebyś w takim razie przestał się z nimi spotykać, odpowiadasz "NIE" głosem demona z głębin piekieł. Przynajmniej nie obrażają się, kiedy ich obrażasz, tylko zaczynają wyzywać Cię jeszcze gorzej.

Albo to tylko moi przyjaciele.

Dobra, tak naprawdę, kochasz ich i uwielbiasz spędzać z nimi czas, i wyobrażasz sobie, że kiedyś wasze domy będą stały naprzeciwko siebie, żebyście mogli rzygać sobie nawzajem do okien od swojego widoku codziennie do końca życia. Dlatego mam w głowie takie obrazki, wyobrażenia przyszłości, w której moje dzieci bawią się z dziećmi moich przyjaciół, a my siedzimy sobie na werandzie, pijemy kawę i narzekamy na naszych mężów, żony i pracę, i bałagan, i rachunki, i życie. Albo zapraszamy się na obiadki. Albo wisimy przez dwie godziny na telefonie. Albo chodzimy razem na zakupy. Albo siadamy z kieliszkami wina i udajemy, że dorosłe życie wcale nie jest odpowiedzialne, poważne, trudne i męczące.

Może nie każdy ma takie podejście, ale dla mnie przyjaźń jest jedną z fundamentalnych wartości. I jeśli przychodzi nagle facet i pierwsze, co mówi, to, że moi znajomi są beznadziejni, jest skreślony. Tak o, po prostu. A jeśli na początku znajomości wyrzuca mi w twarz, że mam czelność czasem spotkać się z przyjaciółmi a nie z nim, to oprócz tego, że i tak jest już skreślony, jeszcze robi z siebie idiotę. Bo oczywiście każda dziewczyna stawia chłopaka, którego zna parę tygodni (ewentualnie miesięcy), ponad ludźmi, z którymi przyjaźni się większość życia. (Aż chciałoby się wrzucić ironicznego kciuka z facebooka.)

Oczywiście, że takie dziewczyny są. Znam ich parę. Dobra, znam ich więcej niż parę. Sama tak robiłam. Czasem.

Ale z drugiej strony, czy nasi najbliżsi znajomi, którym zależy na naszym szczęściu, mają prawo mieć do nas pretensje, że zaczynamy spędzać z nimi mniej czasu, gdy znajdujemy sobie partnera? W końcu do tego dąży większość z nas (oprócz znalezienia dobrze płatnej pracy, stania się sławnym i bogatym, kupienia psa, zbudowania domu, zasadzenia drzewa i zarobienia na wakacje na Malediwach). Mimo, że nie zawsze otwarcie o tym mówimy, gdzieś tam w głowie myślimy o tym, żeby znaleźć sobie tego kogoś, z kim można spędzić resztę życia. Dobra, nie bądźmy aż tak optymistyczni: przynajmniej najbliższe kilka lat.

A żeby zasłużyć sobie na taki związek, trzeba zainwestować w znajomość. Jak w przypadku każdej poważnej inwestycji, jeśli chcemy uzyskać dobre efekty, profity i korzyści, musimy włożyć w to dużo pracy. Nie mówię tu oczywiście o ciężkiej harówie, bo związek to jednak ma być miła przyjemność, a nie smutna konieczność (mam nadzieję), ale na przyjemności trzeba sobie zasłużyć. Potrzebna jest mieszanka wspólnych zainteresowań, dzielenia się pasjami, wspólnego oglądania filmów, czasu, który sobie poświęcacie, rozmów na poważne tematy i rozmów o tym, co dzisiaj zjedliście. Tutaj nie sprawdza się zasada miej wyjebane, a będzie Ci dane.

Po całych tych rozważaniach wyznaczyłam pewne dane, które podstawiłam do mojego matematycznego równania (tego, które wspomniałam na początku).
Przyjaciel nie powinien mieć do nas pretensji, że będąc w związku nie mamy czasu, żeby spotykać się z nim codziennie. Bo on akurat nikogo nie ma albo niczego ciekawego w swoim życiu nie robi. Albo i nie ma, i nie robi.
Partner nie powinien odciągać nas specjalnie i na siłę od przyjaciół, wmawiać nam, że to beznadziejni ludzie, którzy i tak nie pomogą nam w trudnych chwilach. I nie powinien mówić, że to jego przyjaciele są teraz naszymi. Nie oszukujmy się, jeśli coś się między Wami psuje, to zawsze okazuje się, że jego znajomi, to jednak jego znajomi.
A my sami musimy wyznaczyć swoje priorytety, bo w końcu dla każdego tak naprawdę liczy się coś innego. W skrócie, jak nie dać się zwariować:
1.     Ustawiajcie swoją drugą połówkę na tyle wysoko, żeby nie skończyć, jako niezależna kocia mama (chyba, że to Wasze marzenie), albo stary-wiecznie młody kawaler.
2.     Przyjaciele przydają się zawsze. I jeśli teraz myślicie, że przeżyjecie bez nich, to mówię Wam, że przeżyjecie. Ale co to za życie? Widzę chociażby po moich rodzicach, że to raczej smutna egzystencja. Życzę Wam, żeby kiedyś nie okazało się, że jutro macie operację, nie wiecie, jak to się skończy, a nie ma przy Was zupełnie nikogo (a skoro już o tym wspomniałam, to odsyłam tutaj).

W moim krótkim i mało doświadczającym życiu nauczyłam się jednej rzeczy: żadna osoba nie powinna zmienić Was całkowicie i sprawić, że pozapominacie o wszystkich niesamowitych ludziach, których znaliście, zanim wpadliście na nią/niego.

After all, jeśli Wasz romantyczny i cudowny związek skończy się kiedyś w mało romantyczny i bardzo depresyjny sposób, to w czyje ramiona będziecie wypłakiwać swoje smutki, albo z kim pójdziecie się schlać, zniszczyć i zapomnieć?

Fot. lebiophotoworks.blogspot.com

Przeczytaj też

4 komentarze:

  1. Nie można pozwolić, by ktoś nas szantażował, czy też był chrobiliwie zazdrosny... czy to przyjaciele, czy druga połowa! Ja też nie wyobrażam sobie życia bez koleżanek, jednak trzeba to umieć wszystko rozłożyć w czasie odpowiednio ;)
    Obie strony muszą się szanować i akceptowac - nasi przyjaciele i partner.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najlepiej nie popadać w skrajności w skrajność, czyli tak zwany złoty środek. Nie wywyższać przed przyjaciółmi swojej drugiej połówki i odwrotnie :)
    pozdrawiam :) http://mlovelyo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam po jakimś czasie (bo nie ma nowych rzeczy do czytania :< )dokładniej niż za pierwszym razem i uwielbiam! Z cyklu "z życia wzięte".

    OdpowiedzUsuń
  4. Niechybnie moje więzi trwają na pół gwizdka, a co byłoby gdybym znalazła wreszcie faceta?! Świetny post, uważam, że nie potrzebujesz pochwal, bo moje byłyby zbyt płytkie. Dodam tylko: dodałaś koloru wartości.

    OdpowiedzUsuń

@booksoverhoes