Wycieczka do otchłani twórczości


Nie będę przepraszać za to, że na mojej stronie od dwóch miesięcy nic się nie pojawiało. Nie będę też szukać wymówek, bo ich nie ma. Napiszę po prostu, dlaczego tak się dzieje, a Wy potraktujcie to jak chcecie: jako moją metaforyczną spowiedź, katharsis, albo użalanie się nad sobą.

Wiecie, dlaczego artyści używają określenia "niemoc twórcza"? Bo to bardzo ładnie brzmi. A my, ludzie cudownie utalentowani i uzdolnieni (huhuhu), nie możemy żyć bez rzeczy pięknych.

I tak jak malarze uwielbiają ulotną grę światła z cieniem i chropowatą fakturę pierwszej linii pociągniętej na płótnie, a muzycy kochają harmoniczny konsonans interwału i brzmienie drugiego przewrotu subdominanty, tak pisarze pragną, żeby ich słowa budowały i niszczyły światy, a każde zdanie brzmiało jak wers z Sonetów Krymskich. Stąd, moi drodzy, wziął się tak piękny zlepek wyrazów jak "niemoc twórcza".

Nie ukrywam, że brzmi to dużo lepiej niż: nie mam siły; wyszedł nowy odcinek Lucyfera; o! memy z kotami; zjadłabym coś; jest za ciepło; jest za zimno; zostało mi jeszcze tylko 300 stron książki; zmęczyły mnie te dzisiejsze wykłady; a co to za śmieszny kanał na youtubie; pójdę na spacer; czy w kinie leci coś fajnego; zaparzę sobie kawę; zaparzę sobie herbatę do mojej kawy; ooo, mój koteł przyszedł się pobawić; poszukam jakichś koncertów w okolicy; a może po prostu zwinę się w kłębek i umrę?

Niestety niemoc twórcza tylko brzmi ładnie. Samo uczucie jest całkiem beznadziejne. Pisanie w ogóle jest bardzo trudną pracą, a kiedy dopada Cię zła niemoc, staje się jeszcze trudniejsze. Ale w końcu musisz coś napisać, bo przecież trzeba, wypada, bo fani czekają a Ty nie publikujesz nic od miesiąca, bo tak naprawdę to chcesz coś stworzyć i znów poczuć, jak zdania same układają się w głowie, palce na klawiaturze ledwo nadążają, żeby je wszystkie przywołać do życia, a wokół Ciebie powstaje świat, który kształtujesz, jak tylko dusza zapragnie.

Dlatego zmuszasz się i siadasz do komputera. I siedzisz, i myślisz, i piszesz dwa słowa, i usuwasz trzy, i patrzysz na ten migający kursor na ekranie, i wyglądasz przez okno w poszukiwaniu inspiracji, ale za oknem tylko wiatr obszarpuje gałęzie z ostatnich liści, chmury przesuwają się po niebie, a w deszczu na przystanku jakaś para patoli całuje się w przerwie między jednym szlugiem a drugim. I myślisz, że jest w tym obrazie coś ironicznie pięknego i romantycznego, i gałęzie poruszają się w tym samym chaotycznym rytmie, w którym wiatr rozwiewa włosy patoluski i unosi wypalonego peta patola. I przez chwilkę masz wrażenie, że to jest coś, że dostrzegasz w tym jakiś poetyzm, jakąś zszarganą przez realizm XXI wieku magię i moc, inspirującą romantycznych twórców do działania.

I nagle muzyka z tyłu głowy staje się coraz głośniejsza, dramatyzm chwili rośnie, bębny dudnią coraz wyraźniej, dołącza się chór i wszystko przy coraz szybszym akompaniamencie skrzypiec zmierza do punktu kulminacyjnego, twoje ręce mimowolnie kierują się w stronę klawiatury, wizja sama formuje w głowie, wstrzymujesz oddech.

I nic.

Wracasz do migającego kursora. I usuwasz trzy przypadkowe słowa, które wcześniej niby były połączone w jakąś spójną całość, ale teraz nie mają już sensu.

Tutaj następuje moment, w którym należałoby zrobić krótką, zapoznawczą wstawkę teoretyczną, mianowicie podział niemocy twórczej na podkategorie (na podstawie mojego własnego doświadczenia, uczulam, że to nie jest rzecz zatwierdzona przez Ministerstwo Edukacji i dostępna w podręcznikach):

1. Po prostu nie masz o czym pisać. Najmniej zatruwający życie i bolesny rodzaj niemocy. Łatwo z niego wyjść, bo z reguły mija sam, kiedy spotkasz kogoś nowego, przeczytasz coś nowego, usłyszysz przypadkiem rozmowę w autobusie, albo wypijesz dobrą kawę w kawiarence, w której jeszcze nie byłeś. W głowie zakiełkuje pomysł, ułoży się powoli z leniwie dryfujących fragmentów, poskleja, poskłada i wtedy nic, tylko go zapisać, wypełniając potencjalne luki ładnymi epitetami.

2. Wracasz do jednego zdania codziennie przez tydzień i nie możesz złożyć go w całość, bo żaden synonim, żadna wariacja ani zmiana składni dalej nie oddaje pełni tego, co siedzi w twojej głowie. Ten problem może wydawać się wręcz absurdalny, dlatego, żeby zrozumieć głębię frustracji, jaką powoduje, trzeba na niego spojrzeć z odpowiedniej strony. Na początku było słowo. Jeśli nie ma tego jednego słowa, to nie ma wokół czego budować reszty świata.

3. Masz tysiące rozpoczętych pomysłów, które migają ci pod zamkniętymi oczami, odbijają się od czaszki, buzują w skroniach, układają się w twojej głowie w całe ody, sonety i eposy, ale po prostu... nie masz siły. Bo zazwyczaj zdania same przelewają się na papier (albo ekran komputera), powstają zanim zdążysz się nad nimi zastanowić, a teraz nagle musisz męczyć się nad każdym jednym wyrazem, pamiętać, że tutaj przydałby się podmiot, po nim orzeczenie i jeszcze jakiś przymiotnik, bo bez niego to wszystko brzmi koślawo. A i tak wychodzą z tego tylko podręcznikowe zdania pojedyncze, może jakieś współrzędnie złożone papierowe twory bez duszy, które rozpadają się na twoich oczach.
W takich chwilach nie jesteś pisarzem. Nie jesteś nawet marnym uzurpatorem. Dlatego rzucasz tym z nadzieją, że jutro będzie lepiej. Albo za tydzień. Albo za miesiąc. I właśnie w tym smutnym miejscu się znajduję.

Sposobów na radzenie sobie z niemocą jest tysiąc, książek, artykułów i wpisów na ten temat trzy razy więcej. Do tych najczęściej powtarzanych i najbardziej polecanych należą: słuchanie muzyki, kreatywne ćwiczonka (typu: co by było gdyby), samotne spacery, godziny spędzone na rozmyślaniu, podsłuchiwanie ludzi w środkach komunikacji miejskiej, czytanie książek, picie większej niż to konieczne ilości alkoholu i uderzanie głową w randomowe, wystarczająco twarde przedmioty.

Próbowałam ich już tysiąc razy. Moi rodzice są zmuszeni słuchać wszystkiego, począwszy od nowej płyty In flames, poprzez nastrojowe utwory Jo Blankenburga, kończąc na Marmurze Taco. Odmroziłam sobie tyłek na spacerach. Podobno przez większość czasu myślę zdecydowanie za dużo. Podłapane rozmowy nie zmieniły mojego światopoglądu. Po miesiącu w końcu udało mi się przeczytać Hyperion. Żadna ilość alkoholu nie otworzyła przede mną tajemnic życia i śmierci. A głową pewnie o coś uderzyłam i to nie raz (ale to były przypadki, które i tak na niewiele się zdały).

Podobno pisarz musi cierpieć, żeby tworzyć.
Najwyraźniej cierpienie z powodu tego, że nie potrafi tworzyć, nie wystarcza, żeby zaczął tworzyć.

Pisanie tego tekstu zajęło mi miesiąc. Zajęłoby mi kolejny miesiąc, gdybym starała się go dopracować na tyle, żeby móc powiedzieć przynajmniej, że go toleruję. Ale nie mam tyle czasu. Nie mogę już patrzeć na to, że większość wyświetleń w ostatnim czasie nabija mi moja mama, która skrupulatnie i dokładnie czyta i przetwarza każde zdanie na moim blogu. I przyszła do mnie, żeby powiedzieć, że używam bardzo brzydkich słów.

Przeczytaj też

2 komentarze:

  1. Czyta się lekko, z delikatnym zaciekawieniem, nie wymuszonym uśmiechem pojawiającym się znienacka tu i ówdzie. Pozdrawiam i nie życzę powrotu weny - już masz tę moc ;) - życzę impulsu, który ją "obudzi" i spotęguje.

    paw_z

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że cię zmotywuję mówiąc, że to jeden z najlepszych wpisów, jakie przeczytałam KIEDYKOLWIEK. W ogóle to uwielbiam Twojego bloga i tęsknię mocno, także wracaj
    Polcia z http://ksiegoteka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

@booksoverhoes