Jak się kochać?


Przyszedł luty i mimo, że mi kojarzy się dalej tylko z mrozem, śniegiem i skostniałymi palcami, którymi niezdarnie staram się znaleźć w kieszeni grubej kurtki klucze do domu, to dla świata to podobno miesiąc miłości. Bo Walentynki. Bo w sklepach serduszka i czekoladki w kształcie serduszek, i misie w kształcie serduszek, i kwiatki w kształcie serduszek. A w Żabce sprzedają nawet romantyczne walentynkowe dwupaki browarów. 

Gdyby ktoś chciał poznać moje zdanie, to wydaje mi się, że arktyczne temperatury wcale nie wprowadzają w radosny klimat miłosnych igraszek, a nawet najbardziej żarliwe i namiętne uczucia nie są w stanie rozgrzać na wpół zamarzniętych serduszek. Ani tym bardziej palców u rąk. Walentynki ewidentnie powinny zostać przeniesione w bardziej sprzyjające warunki. Proponuję wiosnę. Kwiatki i słonko nastrajają dużo bardziej optymistycznie. Chyba, że chodzi o to, żeby w tym mroku śnieżnej zamieci, śmierci i oblodzonych szyb samochodów o 7 rano odnaleźć jakąś namiastkę szczęścia?

Ostatnio panuje taka moda, żeby podchodzić do Walentynek z przymrużeniem oka, trochę prześmiewczo i trochę z pogardą. Bo co to za ckliwa głupota, całe to święto zakochanych, z przesłodzonymi kartkami walentynkowymi, rymowankami z internetów i ogromnymi kolejkami do kina na kolejną część Grey'a? Po co to komu, skoro kochać powinno się cały rok, a nie tylko w ten jeden dzień? I z tym ostatnim zdaniem się zgadzam. Ale dokładnie to samo można powiedzieć o Dniu Matki, Ojca, Dziecka, Babci i Dziadka, i Nauczyciela, i całej reszcie dni w roku, kiedy mamy okazję wyrazić naszą miłość lub wdzięczność do określonej osoby. Ja lubię Walentynki. I, uwaga, lubiłam je zawsze, nawet wtedy, kiedy niekoniecznie miałam je z kim świętować. To po prostu całkiem miłe święto.

Nie zawsze musiałam spędzać ten dzień sama. Nie musiałam go również spędzać z grupą koleżanek, jedząc lody, oglądając komedie romantyczne i hejtując świat, życie i facetów. Nie mówię, że w tych babskich walentynkowych wieczorkach jest coś złego. Każda kobieta musi kiedyś pohejtować wszystkich mężczyzn tego świata, a aura tego dnia wydaje się całkiem odpowiednia. Pewnie też robiłabym coś takiego, gdybym miała grupę koleżanek, pudło lodów orzechowych i wolny wieczór.

Ale jeśli myślicie, że ten post ma na celu hejtowanie Dnia Zakochanych i misiów z napisem Kocham Cię, albo zachwalanie tego dnia, nawoływanie do miłości i obdarowywania się nawzajem drogimi prezentami (nie muszą być drogie, tylko pamiętajcie panowie, dziewczyny zazwyczaj lubią kwiatki... i biżuterię, i słodycze), albo bycie poradnikiem dla zdesperowanych, którzy jeszcze nie wymyślili, gdzie zabrać swoją drugą połówkę, to bardzo się mylicie. Po prostu stwierdziłam, że zbliżające się Walentynki to dobry moment, żeby poruszyć temat pytania, które kiedyś otrzymałam:

Jak mam Cię kochać, skoro nie kochasz sama siebie?

Wiecie: Walentynki, miłość, miłość do bliźniego, miłość do siebie, ktoś nas kocha, jesteśmy kochani, kochamy się sami, nanana. W każdym razie, ten dzień wydaje się jakiś lepszy od innych, żeby w końcu troszkę o tym podywagować, tym bardziej, że mam ten temat w głowie już od co najmniej roku.

Było to bardzo trafne i bardzo prawdziwe pytanie, bo nie jestem osobą, która grzeszy zbyt dużą pewnością siebie. Mogę się z ręką na sercu przyznać, że w tym akurat przypadku nie grzeszę wcale. Ale dobrze udaję. I na początku to udawanie zazwyczaj wystarcza.

Jednak, jeśli jesteśmy już z kimś wystarczająco długo i dajemy się poznać wystarczająco dobrze, takie rzeczy w końcu wychodzą. Nasza niepewność, nasze kompleksy, nasza bardzo szczupła strefa komfortu, nasza nieśmiałość. Fakt tego, że sami się nie akceptujemy i nie lubimy. A skoro sami się nie lubimy, to dlaczego oczekujemy, że ktoś inny będzie nas lubił?

Jasne, że chcemy, żeby znalazła się taka osoba, która pokocha nas, mimo tych wszystkich wad i rzeczy, których sami nienawidzimy. Czasami w takich osobach szukamy sensu, którego sami nie potrafimy nadać swojemu życiu i tej miłości, której nie potrafimy znaleźć w sobie. Bo może, jeżeli pokocha nas ktoś inny, to będziemy dla siebie mniej surowi i okrutni. Może będziemy w stanie utwierdzić się w przekonaniu, że jednak jesteśmy coś warci.

Niestety, dopóki nie udowodnimy sami sobie, że jesteśmy wartościowymi, ciekawymi osobami, nikt inny się nie nabierze. Nawet jeśli potrafimy bardzo dobrze udawać. I jakkolwiek banalnie, głupio czy krypto-motywacyjnie by to nie brzmiało, to dopóki nie zaakceptujemy albo nie zwalczymy swoich wad i niepewności, i nie nauczymy się kochać siebie, nikt inny nie będzie w stanie nas pokochać.

Irytują nas osoby bardzo pewne siebie. Te, którym nie wypada nawet prawić komplementów, bo przecież i tak doskonale wiedzą, jakie są super i niezwykłe. Ale prawda jest taka, że nieważne, jak bardzo wkurzałoby nas to ich zapatrzenie w siebie i przekonanie o własnej wartości, to właśnie tym ludziom jest w życiu najłatwiej. Tam, gdzie inni zastanawiają się tysiąc razy, boją, marudzą, rozmyślają i w końcu rezygnują, oni wpadają bez zastanowienia. I osiągają więcej.

Chociaż nie można popadać ze skrajności w skrajność (kolejna rzecz, którą kiedyś o sobie usłyszałam!), bo taka zbytnia pewność siebie też nie przysporzy nam zbyt wielu adoratorów. Bardzo ciężko żyje się z taką osobą.

A tak swoją drogą, to podobno najlepszym sposobem na nabranie pewności siebie jest patrzenie co rano na swoje odbicie w lustrze i mówienie sobie: jesteś super, jesteś piękna, ze wszystkim dasz sobie radę. Nie wiem, na ile to się sprawdza, bo rano staram się unikać luster. Najchętniej zasłoniłabym je wszystkie i malowała się z zamkniętymi oczami. Tak na wszelki wypadek.

Przeczytaj też

6 komentarze:

  1. Ciekawy artykuł, w tym roku ja z przymrużeniem oka je obchodzę, chyba trochę mi się przejadła ta "MIŁOŚĆ" w jeden dzień. Utrzymuje się w przekonaniu, że kocha się cały rok. Jeżeli chodzi o prezenty, to wolę dawać takie bez okazji, niż sztuczne serduszka, które będą zbierały tylko kurz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Akceptacja własnej osoby to klucz do szczęścia z drugą osobą. Zwykle dzieje się tak, że zakochujemy się w partnerach, którzy w pełni nas akceptują, więc skąd te wszystkiego kompleksy kobiet i walką ze sobą samą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kompleksy wynikają w większości z mentalności w naszych czasach, na przykład z narzucanych nam kanonów piękna. Dlatego tak ważne jest, żeby nauczyć się akceptować siebie w tym świecie, a dopiero potem szukać kogoś, kto zaakceptuje nas właśnie takimi, jakimi jesteśmy :)

      Usuń
  3. Czasem ciężko jest siebie zaakceptować, więc łatwiej jest przelać miłość na drugą osobę :) Przynajmniej w moim przypadku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przelanie miłości na drugą osobę to całkiem dobra sprawa :) Ale budowanie swojej pewności siebie tylko poprzez to, że ktoś nas dostrzegł, jest już nie do końca dobre...

      Usuń
  4. Nie wierzę, że można kochać innych nie kochając siebie. Zdrowa relacja z samym sobą jest postawą do dzielenia się miłością z innymi. Bez akceptacji siebie pojawia się tylko niepotrzebna złość, od której tylko krok do tragedii.

    OdpowiedzUsuń

@booksoverhoes