Neil Gaiman - Gwiezdny pył


Gwiezdny pył
Neil Gaiman
Recenzja

Dawno, dawno temu, za górami o ośnieżonych szczytach, za lasami dostojnych świerków i wyniosłych sosen, za dolinami, kotlinami, wąwozami i łąkami pełnymi stokrotek, stała wioska Mur.

Mur nie jest jakąś pierwszą lepszą wioseczką, choć mógłby za taką uchodzić. Nie ma tam w sumie niczego szczególnego, ot, kilka chat, pola uprawne, mały sklepik i karczma. Dlaczego więc cała magiczna historia zaczyna się właśnie tutaj?
Może przyczyną jest wielki mur na skraju wioski, od którego (niespodzianka) wzięła się jej nazwa.
Może przyczyną jest fakt, że mur sprawia wrażenie, jakby stał tam zupełnie niepotrzebnie. W końcu po drugiej stronie są takie same łąki i lasy.
A może dlatego, że tak naprawdę to tylko złudne wrażenie i mur nie stoi tutaj bez powodu, tak samo jak Mur.

Otóż, to długie kamienne ogrodzenie z jednym tylko wejściem, przy którym dniem i nocą stoi straż, ma za zadanie oddzielać nasz nudny, szary, realny świat od magicznej krainy, pełnej wróżek, czarownic i chatek z piernika. Żartuję, nie było tam ani słowa o chatkach z piernika. Ale zakładam, że może tam istnieć wszystko, co wpadnie Wam do głowy i jest w jakiś sposób związane z magią.

Większość rzeczy, które dzieją się w Gwiezdnym pyle, musimy po prostu zaakceptować. Nawet jeśli zupełnie ich nie rozumiemy. Bohaterowie robią tak cały czas. Dlatego, jeśli podczas czytania nagle okaże się, że wystarczy trzymać w dłoni palący się kaganek, żeby magicznie pokonywać setki kilometrów w kilka sekund, to nie ma sensu tego niepotrzebnie roztrząsać i rozkładać na czynniki pierwsze. Mówicie po prostu "aha, ok" i lecicie dalej do momentu, w którym pojawia się gadający opos w kapeluszu. Bohaterowie znowu nie wydają się zdziwieni jego widokiem, więc Wy też nie bądźcie, tym bardziej, gdy wyjmie ze swojej aktówki zastawę do herbaty i poczęstuje znużonego wędrowca kawałkiem chleba.

Tym znużonym wędrowcem jest Tristran, który nigdy nie pasował do pozostałych mieszkańców Muru. Za bardzo był rozmarzony, za bardzo dziwny, za mało przyziemny. Chłopak nie wie, że to przez fakt, że jego matka była mieszkanką magicznej krainy. Ojciec zdradza mu tę tajemnicę pewnej nocy, gdy Tristran postanawia zdobyć dla swojej ukochanej gwiazdę, która spadła z nieba gdzieś za murem. I tak rozpoczyna się jego niesamowita podróż, którą nie mógłby się pochwalić żaden inny nudny śmiertelnik.

Podczas czytania trzeba wczuć się w specyficzny klimat Gwiezdnego pyłu, który jest niczym mniej, niczym więcej, jak baśnią. I to właśnie urzekło mnie w tej książce. Nie historia, która, nie ukrywajmy, nie jest jakoś szczególnie odkrywcza ani oryginalna. Ale właśnie to, że powieść Gaimana jest jak youtubowa kompilacja filmików o kotach. Tylko, że zamiast kotów mamy tu natłok baśniowych stworzeń, magicznych zaklęć oraz przepowiedni wymagających odpowiedniego ułożenia planet i skrzydeł nietoperza w kotle na kurzej nodze.

Oprócz tego, co drugie zdanie ma moc, żeby Was zainspirować. Co drugie słowo może poruszyć jakąś strunę w artystycznej części Waszych duszyczek. Gdybym chciała zapisać sobie gdzieś wszystkie urocze, magiczne, piękne fragmenty i cytaty, pewnie po prostu musiałabym przepisać pół książki. I właśnie dlatego bardzo ją polecam. O ile jesteście gotowi na zderzenie z dziwnym stylem pisania Gaimana. Serio, jego styl jest naprawdę dziwny. Wiem, że wielu osobom nie odpowiada. Ale uważam, że naprawdę warto.

Przeczytaj też

0 komentarze:

Prześlij komentarz

@booksoverhoes